Hilary Norman "Uwięzieni" (Justyna Ochota)
Hilary Norman "Uwięzieni"
wyd. Prószyński i S-ka
Justyna Ochota

„Uwięzionych” Hilary Norman podzielić można na dwie zasadnicze części. Pierwszą, obejmującą początkowe sto pięćdziesiąt stron, o której lepiej nie wspominać oraz drugą, składającą się z kolejnych stu pięćdziesięciu stron, którą można określić mianem dobrej.
Sięgając po nową Hilary Norman miałam mieszane uczucia. Obawy brały się przede wszystkim z faktu, ze kryminał może być albo dobry, trzymający w napięciu do ostatniej chwili albo zły, nie wzbudzający żadnych emocji. Nie chciałam się rozczarować, ale zarazem ciekawa byłam jak autorka przedstawi dalsze losy Becketów nie zanudzając czytelnika. Na szczęście okazało się, że moje obawy były bezpodstawne.
Sam i Grace Becketowie to para idealna. Ich małżeństwo wypełnione jest prawdziwą, dojrzałą miłością. Tragiczne wydarzenia z przeszłości bohaterów wywarły na nich olbrzymie piętno, jednak sytuacja powoli się uspokaja a życie zaczyna wracać do normy. I tu właśnie zaczyna się ponad stustronicowy opis cukierkowej miłości Becketów, o który mam największe pretensje do autorki. Idealność rodziny Becketów Hilary Norman opisuje z nader przesadną dokładnością i słodyczą, która może czytelnika poważnie zniechęcić do dalszej lektury. Jeżeli jednak nie zdecyduje się on na wyrzucenie książki w kąt zrozumie, że podjął bardzo dobrą decyzję.
Sam Becket, czarnoskóry detektyw z Miami wraz ze swoim partnerem prowadzi kolejne śledztwo. Tym razem ma jednak do czynienia z psychopatycznym, seryjnym mordercą, którego celem są kochające się i nieświadome zagrożenia pary. Detektyw, a wraz z nim czytelnik do ostatniej chwili nie wie czy za makabrycznymi zbrodniami stoi jedna, dwie czy kilkanaście osób. I to trzyma w napięciu. Nie wie też dlaczego morderca tworzy swoistego rodzaju przedstawienia, ekspozycje z wykorzystaniem ciał ofiar.
Wraz z rozwojem akcji coraz dokładniej i z większymi wypiekami na twarzy śledziłam każde zdanie. Pierwsza część książki wymaga dużo wyrozumiałości i cierpliwości czytelnika, jednak druga w sposób doskonały mu to wynagradza. Cudowny świat Sama i Grace zostaje zburzony, pojawia się w nim najprawdziwsze zło. Również życie Martineza, partnera detektywa Becketa, przestaje jawić się w kolorze różowym.
Wybaczając autorce początek książki, „Uwięzionych” można uznać za kawałek dobrego kryminału z elementami thrillera. To powieść z gatunku tych, które trzymają w napięciu do ostatniej chwili, zaskakują w ostatnim momencie. Oprócz wcześniej wspomnianego zarzutu, nasunął mi się jeszcze jeden, skierowany do wydawnictwa niż do samej autorki. W książce występuje kilka literówek. Da się je oczywiście przeskoczyć, jednak na chwilę dekoncentrują i odciągają uwagę od fabuły. Mimo to „Uwięzieni” to interesująca, wciągająca i groźna książka. Lepiej nie zagłębiać się w lekturę będąc samemu w domu….