Kaz Bałagane – Kuliakan

W tym roku Poldon raczej nie był (nie jest?) fajnym miejscem do życia – i być może dlatego nowego albumu Bałaganka słucha się tak dobrze. Ale to nie jedyny powód. Dość zgodnie okrzyknięty najlepszym wydawnictwem Jacka od czasu pamiętnego Narkopopu, Digital Scale Music nie wnosi bowiem żadnych zmian w zakresie podmiotu lirycznego, świata przedstawionego i innych takich bajerów. Zamiast tego Bedogie po prostu dopracował wszystko do perfekcji: zero zbędnych słów, tematy bliżej rzeczywistości jak już od dawna nie, a do tego co najmniej kilka godnych zapamiętania bicików (co na poprzednich wydawnictwach wcale nie było takie oczywiste). Wszystko więc fituje jak parma do rukoli.

Z drugiej strony można by się czepiać Kazka za brak jakichś efektownych eksperymentów, na które skapcaniały krytyk mógłby zareagować Redowskim „łooo”. Powiem jednak: i bardzo dobrze, bo cokolwiek Jaca wypuści, i tak wszyscy wiedzą, że to obecnie pierwszy w Polsce rap, który obroniłby się zarówno w 2020, jak i w 2002 roku. Wystarczy tylko posłuchać tekstów, mając w pamięci fakt, że gość wymyślił język, którym jego słuchacze gadają z kolegami (i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady – mówię to z własnego doświadczenia).

I tak trwa ta złota seria już od dobrych pięciu lat, zdobywając głowy i poważnych panów w czarnych furach, i chudych kaszkieciarzy, i staroszkolnych byków, pamiętających jeszcze niesalonowy blichtr ogolonego na łyso TDF-a. Cieszmy więc swe zmysły dostojnie wesołkowatym lotem Kuliakana, którego uskrzydla dyskretnie ekskluzywny bit od D3W (ubiegłoroczny maturzysta). Do następnego.

Sebastian Rogalski