25 najlepszych seriali telewizyjnych dekady – STRZAŁ w 10.

25 najlepszych seriali telewizyjnych dekady – STRZAŁ w 10.
To w ogóle bardzo abstrakcyjny pomysł zamykać w obrębie jednej dekady seriale telewizyjne, które właśnie mogą się całym dekadami ciągnąć. Co zrobić z serialami, które są dokładnie na pograniczu dwóch dziesięcioleci? Albo mieszczą się dokładnie w kilku? Najlepiej to arbitralnie zweryfikować co pasuje najbardziej do złotej epoki TV, czyli lat 2010-2019

 

PRZECZYTAJ: Najlepsze filmy ostatniej dekady – STRZAŁ w 10.

 

MIEJSCA OD 25 DO 11:

#25. The Affair

#24. Downtown Abbey

#23. The Crown

#22. Peaky Blinders

#21. Atlanta

#20. The Leftovers

#19. Fargo

#18. Fleabag

#17. Rectify

#16. It’s Always Sunny in Philadelphia

#15. Utopia

#14. Boardwalk Empire

#13. Hannibal

#12. Black Mirror

#11. Narcos

 

Gdyby przydzielać stacjom telewizyjnym po jednym punkcie za każdy serial, który znalazł się w tym zestawieniu… zwycięzców byłoby dwóch. Zarówno oczywisty, w postaci serialowego króla czyli HBO, oraz FX, nieposiadająca swojego polskiego oddziału, spółka-córka dla wielkiego konglomeratu Walta Disneya (wielkiego pojedynku wielkich wytwórni ciąg dalszy, bowiem HBO jest spółką-córką Time Warner). Obie te stacje mają po 5 pozycji w najlepszej dwudziestcepiątce. Na podium także ojciec cyfrowej dystrybucji – Netflix, z czterema serialami.

Najlepszym rokiem w poprzedniej dekadzie dla seriali był bez wątpienia 2014, bowiem aż 16 z przedstawionych tutaj seriali leciało w tym samym czasie w telewizji.

Dobra, starczy tych statystyk, wracamy do zestawienia:

PIERWSZA DZIESIĄTKA:

 

#10. Twin Peaks: The Return

(2017, Showtime)

za przełamywanie artystycznych barier w de facto raczkującym jeszcze medium i stworzenie dzieła niemożliwego do zaszufladkowania

Zdaniem legendarnego francuskiego magazynu poświęconego filmom Cahiers du Cinema, obraz Davida Lyncha Twin Peaks: The Return został uznany za najlepszy film minionej dekady.

Francuzi jak zwykle poszli pod prąd kreując opinię, na którą w pierwszym odruchu odpowiada się „co, nie, skąd ten pomysł?!”, ale z drugiej strony, trudno znaleźć jakiekolwiek argumenty przeciw tej decyzji. Może oprócz tego, że powrót Twin Peaks to nie film. Ale czy na pewno?

Powrót Davida Lyncha do telewizji po 25 latach to zdecydowanie najbardziej ekscentryczny pomysł w erze wszechobecnych rebootów i remake’ów. Legendarny, trwający dwa sezony oryginał zapoczątkował erę seriali telewizyjnych, takich jakie znamy. Bez szlaków przetartych przez Lyncha, nie byłoby produkcji jakie znamy, ba, prawdopodobnie nie byłoby żadnego z wymienionych niżej seriali.

To bardzo wysoko zawieszona poprzeczka, osiągnięciem byłoby w ogóle ją dotknąć, nie mówiąc o strąceniu czy przeskoczeniu. A David Lynch to zrobił i jeszcze wylądował na macie z telemarkiem wykonując w powietrzu potrójny aksel, skoro trzymamy się porównań sportowych. Nie chcę nikogo oszukiwać, że zrozumiałem o co chodziło we wszystkich aspektach oryginalnego Twin Peaks czy w jakimkolwiek aspekcie The Return. Ale i bez tego, bardzo przyjemnie się to oglądało.

#9. True Detective

(2014, 2015, 2019, HBO)

za dowód na to, że odpowiednia forma potrafi przykryć wszystkie niedoskonałości treści

Czyli trzy seriale zamknięte pod jednym szyldem. Łączy je jakiś minimalny, wspólny motyw przewodni, łączy zbrodnia i archetyp poganiający archetyp w postaci detektywa(-ów), łączy mistrzowskie intro wykorzystujące podwójną ekspozycję.

Mimo że w szerokiej świadomości przebiła się raczej tylko pierwsza część, ta która przypomniała światu o Matthew McConaugheyu, rozpoczęła mcconnaissence i w ostateczności dała mu Oscara, mam jakiś dziwny sentyment do wszystkich trzech sezonów. Nawet do tego drugiego, wadliwego, przeintelektualizowanego, z Weroniką Rosati i memami. Tego, który zabił jakiekolwiek oczekiwanie na trzeci sezon, który okazał się najrówniejszy i najciekawszy ze wszystkich – ale już nikt na niego nie czekał. A szkoda, bo Mahershala Ali w swojej potrójnej roli, przyćmił cały sezon McConaugheya.

To dziwna miłość. Całościowo True Detective nie jest jakoś po mistrzowsku napisany, bohaterowie nie są aż tak unikatowi jak się może wydawać, a niemal za każdym razem misternie rozpisany twist rozczarowuje. Jednak skleja się to wszystko w spójną całość, którą pochłania się za jednym włączeniem. Czuje się ten klimat obrzeży Ameryki, balansowanie na granicy snu i jawy. Trochę kojarzy się twinpeaksowo, ale w bardziej zjadliwej formie dla przeciętnego widza.

 

#8. Artyści

(2016, TVP)

za bycie najlepszym miniserialem telewizyjnym III RP, bo w żaden sposób nie próbował inspirować się zachodnimi produkcjami

Jedyna polska produkcja w tym zestawieniu, ale tak jak w przypadku filmowych perełek z kraju nad Wisłą, tak i Artyści nie znaleźli się tutaj przez litość czy patriotyzm. Po prostu tak się zdarzyło, że z racji współdzielenia kraju miałem szansę usłyszeć o tej perełce pozbawionej jakiegokolwiek zaplecza marketingowego.

Gdy skończył się komunizm, rozbestwiony dziki kapitalizm zawitał także do sztuk wizualnych. I śpiewka była na ogół taka sama – zobaczyć rozwiązania z Zachodu i przekopiować je jeden do jednego na warunki polskie. Przy filmie, skończyło się to wraz z powstaniem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, który trochę wziął za mordę stagnacyjną branżę i poustawiał ją do pionu. W przypadku telewizji, ciągle jesteśmy w trakcie twórczego marazmu. Chociaż jest jakaś dzika przyjemność w oglądaniu tego samego gliniarza mierzącego się z tymi samymi kryminalistami jak w Ekstradycji, Sforze, Oficerze, Kryminalnych bądź Ojcu Mateuszu, czy też oglądanie kolejnej wyglądającej dokładnie tak samo produkcji TVN ze scenariuszem na podstawie książki Mroza czy Bondy i udawanie, że nie jest to spłycona Ally McBeal dla millenialsów ze stolicy, to jednak mimo wszystko nie tędy powinna zmierzać polska telewizja.

W tym morzu pomyj, które można wylewać na stan polskiej telewizji AD 2020, Artyści stanowili dziwaczną, awangardową perełkę. Duet znany ze współczesnego teatru – Monika Strzępka i Paweł Demirski wszedł na ułamek sekundy do telewizji aby pokazać szerszej widowni swój świat, czyli teatr właśnie. Zupełny przypadek i zbieżność w czasie pokazywanych na ekranie wydarzeń z faktyczną, dramatyczną historią we wrocławskim Teatrze Polskim, uczyniła z Artystów swoisty ars non grata dla nowej władzy. Dlatego pokazano ich raz i zamknięto na wieki w dość hermetycznej dystrybucji cyfrowej Telewizji Polskiej.

Warto odwiedzić vod.tvp.pl pierwszy raz w życiu, żeby nadrobić Artystów bo to najlepszy polski serial ostatniego pokolenia i trudno znaleźć jakikolwiek inny, który mógłby być porównywalny.

 

#7. The Young Pope

(2016, 2020, HBO)

za kompletne zatarcie granicy między serialem telewizyjnym a bardzo długim filmem

Bardzo dużo oczekiwań zostało zawierzonych tej produkcji. Paolo Sorrentino w szczycie swojej wielkości, po entuzjastycznie przyjętym na całym świecie Wielkim pięknie i z wielkimi nadziejami związanymi z nadchodzącą Młodością zjednoczył trzy wielkie, europejskie stacje – Sky, Canal+ oraz HBO i przekonał je do wyprodukowania serialu… o papiestwie.

Przy okazji American Film Festival pisałem, że jeśli chodzi o popkulturę, Kościół Katolicki nie był tak bardzo w modzie od lat. Żeby oddać cesarzowi to co cesarskie, na dobrą sprawę rozpoczął to właśnie Sorrentino w swoim dziele. Bo czy to film czy serial już przy okazji Twin Peaks uznaliśmy, że nie warto tego łatkować.

Opowieść spójna i kompletna. Obrazoburcza, ale tak naprawdę na dobrą sprawę sprawiedliwa i wierna chrześcijańskim ideałom, nie bluźniercza. Przewrotna względem tego, czego można się po niej spodziewać. I fenomenalny Jude Law w roli głównej. Trochę czuję się winny umiejscawiając Młodego papieża w tym zestawieniu, wiedząc, że za niespełna tydzień swoją premierę ma Nowy papież, kontynuacja z Johnem Malkovichem w roli Jana Pawła III, w końcu może wyjść różnie. Ale jeżeli czegoś możemy się nauczyć z serii Sorrentino, to tego, że wiara naprawdę może czynić cuda.

 

#6. Justified

(2010 — 2015, FX)

za podtrzymanie westernowego mitu samotnego rewolwerowca i adekwatne przeniesienie go do czasów współczesnych

Gdy w latach 70. Hollywood przestało masować produkować westerny i przerzuciło się na kino nowej przygody czy cokolwiek innego co było tanie w eksploatacji, raczej zdecydowana większość widzów powiedziała: i bardzo dobrze. Jakiś sentyment jednak pozostał, nie tylko w głowie Quentina Tarantino.

Jakby się nad tym zastanowić, western doskonale wpisuje się w ramy antycznego eposu, czy średniowiecznej rycerskiej pieśni. Najczęściej samotny i szlachetny bohater stoi sam przeciw wszystkim i walczy ze złem (zwróćmy uwagę na to, jak doskonale się wpisują w to także „westerny ostatniej dekady”, czyli kino superbohaterskie). Więc w czym tkwi sekret? W koniach? W kapeluszach? W muzyce country? Chcę wierzyć, że wszystkie z powyższych.

Justified zachowuje wszystkie te elementy, zostawia też Midwest, jedyne co się zmienia to data na kalendarzu, bo historia dzieje się we współczesności, ale wszystkie inne elementy są żywcem wyjęte z najlepszych filmów Sergio Leone i Johna Forda. Do tego mistrzowski Timothy Olyphant, który doskonale oddaje ducha samotnego mściciela, stróża prawa wymierzającego sprawiedliwość na własną rękę, szeryfa, sędziego i egzekutora w jednej osobie. Wspaniale koreluje to z całym wachlarzem antagonistów i złoczyńców, którzy przewijają się przez pięć sezonów, zwłaszcza z Jokerem dla jego Batmana – Boydem Crowderem, prawdopodobnie jedną z najciekawszym i najoryginalniejszych postaci telewizyjnych ostatniej dekady.

 

#5. Mad Men

(2007 — 2015, AMC)

za podjęcie udanej próby wykreowania telewizyjnego odpowiednika great american novel i stworzenie najbardziej kompleksowej opowieści o amerykańskim społeczeństwie

„MAD MEN – pojęcie ukute w późnych latach 50. służące do opisania ekspertów świata reklamowego z nowojorskiej Madison Avenue. Sami je sobie wymyślili” głosi plansza otwierająca pierwszy odcinek. A reszta jest już historią. Niewiele seriali osiągnęło większy krytyczny sukces niż właśnie Mad Men. Doceniono, przede wszystkim ambitne założenia produkcji – pokazać dekadę z życia „najwybitniejszego” narodu na świecie z perspektywy „najlepszych z najlepszych”. Pokazać koszmarne kulisy starodawnego amerykańskiego snu. 

Udało się, choć nie było łatwo. Dla widza. Jak przystało na odpowiednik wielkiej amerykańskiej powieści, za obejrzenie tego serialu zabierałem się sześć, o ile nie siedem razy. Dopiero po czasie można zrozumieć, że pokazywana tu historia, w sensie: posiadający przyczynę i skutek ciąg zdarzeń, jest w tym wszystkim najmniej istotny. Rzeczy dzieją się tutaj tylko po to, aby pokazać jak reagują na nie bohaterowie, będący odzwierciedleniem najbardziej istotnych grup społecznych lat 60. Ameryki. Epoki, w której zdarzyło się bardzo dużo rzeczy i najciekawszym elementem jest obserwowanie jak społeczeństwo w Stanach na nie reagowało. 

Główny bohater – Donald Draper, posiadacz wszystkiego a tym samym niczego, jest także bohaterem jednej z najbardziej zawiłych, przewrotnych i kompleksowych osi narracyjnych, które kiedykolwiek ukazały się na ekranie. Jest Jayem Gatsbym swojej epoki, tragicznym bytem, którego kreacji nie powstydziłby się William Faulkner. A i tak, w skali całego serialu jest tylko ułamkiem wielkiej opowieści, dostarczanej nam przez AMC. 

 

#4. Bojack Horseman

(2014 — 2020, Netflix)

za stworzenie animacji o zwierzętach bardziej człowieczej niż wszystkie inne ludzkie produkcje w tym zestawieniu

 

Jeszcze dekadę temu, mówiąc o „serialach animowanych dla dorosłych”, miało się przed oczami produkcje pełne prostej wulgarności, prymitywnego wyuzdania czy przemocy w imię przemocy, których jedyną siłą jest bycie krawędziowym (tu ukłon w stronę wrocławskich „Włatców móch”).  I choć niektóre z nich, jak Futurama czy rzadziej South Park wykorzystywały czasem swoją pozycję do pokazywania poważniejszych treści, to jednak robiły to sporadycznie, bardziej na przełamanie leniwego humoru.

I tu pojawia się ludzki koń-alkoholik z depresją. Produkcja Netflixa bardzo łatwo odnalazłaby się w wersji nakręconej z prawdziwymi aktorami. Byłaby wtedy ciekawą, uwspółcześnioną wariacją znajdujących się pozycję niżej Mad Menów. Jednak w świecie rysowanym wszystko jest możliwe i o wiele więcej abstrakcyjnych rzeczy uchodzi tam płazem, dodatkowo – zwięzła, sitcomowa formuła półgodzinnych odcinków, także pobudza kreatywność twórców. 

Tematy poruszane w Bojacku są różnego kalibru: od bardzo mocnych aż po tak przybijające i przygnębiające, że gorzej chyba być nie może. Tworzy to kolosalny dysonans z kolorową kreską animacji i wielopoziomowymi gagami słownymi, które rozbrajają klimat w mgnieniu oka. Jest to potrzebne, bo żaden inny serial nie mówi tak wprost o burzliwych emocjach, które drzemią w każdym z nas, o słabościach, których w nas pełno. Żaden nie mówi tak jasno o zawiłościach koniec końców ludzkiej psychiki.

Bo koń jednak jest tu metaforą, kreacją wobec której o wiele łatwiej współodczuwać. Jest też jednak także wariacją na temat starego, nieprzetłumaczalnego żartu: „A horse walks into the bar, and the bartender asks: ‚Why the long face?’

 

#3. The Americans

(2013 — 2018, FX)

za pokazanie, że wybitność bywa tożsama z robieniem wszystkiego dobrze od początku do końca

Szpiegowski dramat, który wyłonił się z ukrycia w swoim ostatnim sezonie zdobywając Złotego Globa i nagrody Emmy. Serial nie tak głośny i oczywisty jak o wiele bardziej mainstreamowe produkcje, ale działający w zgodzie z pokazywanym zagadnieniem – świetnie wykonujący swoją robotę po cichu. 

Rzecz dzieje się w latach 80. w Waszyngtonie. Szczęśliwy i do przesady amerykański sen czteroosobowej rodziny, jest tak naprawdę fasadą dla głęboko zakonspirowanych sowieckich szpiegów. Małżeństwo Jenningsów za dnia prowadzi biuro podróży, a w nocy wykrada najściślejsze sekrety z Pentagonu – a to wszystko obok niczego nie podejrzewających dzieci i sąsiada, agenta FBI. 

Brzmi jak pomysł na sitcom. A jednak otrzymujemy bardzo spójną i dość poważną opowieść, w której problemy geopolityczne od których zależą losy świata, czasami muszą ustępować problemom rodzinnym. I choć świetnie ogląda się zawiłe metody operacyjne, to o wiele bardziej czekamy na rozwiązanie konfliktów małżeńskich. I są one o wiele bardziej trzymające w napięciu.

Mistrzowska obsada i głęboki research do pokazywanej dekady tylko dowodzą misternej precyzji i serca włożonego w ten serial. Gdyby chcieć wskazać jakiś konkretny element, mający obronić umiejscowienie The Americans  na podium dekady, byłoby trudno. Ale wtedy pamiętam rytualne wręcz siadanie w czwartek zaraz po premierze i oglądanie tydzień w tydzień kolejnych odcinków. Bez siedzenia jak na szpilkach i myślenie o tym co się stanie w kolejnym. Bardziej jako naturalną część codzienności. Jakby nie patrzeć jak przystało na szpiegów, The Americans bardzo głęboko zakonspirowało się w moją podświadomość.

 

#2. Czarnobyl

(2019, HBO)

za odkrywcze ukazanie zagadnienia, które wszyscy znają

Stara, dobra zasada scenariopisarska mówi o tym, że ludzie kochają, to co znają. Ale jednak bez przesady – o katastrofie z 1986 roku słyszał każdy, niemalże bez względu na położenie geograficzne, czy wiek. Samo słowo urosło do synonimu spektakularnej katastrofy i przez lata rozbudzało fantazje fanów postapo czy przeciwników energii jądrowej.

Każdy słyszał, ale mało kto zna. Pokazać jak to wyglądało, ze sznytem i dokładnością dokumentalisty oraz fabułą i kreacją bohaterów godną największych klasyków. Już tyle by wystarczyło, żeby osiągnąć sukces.

Ale pokazać coś znanego to nie jest taka łatwa sprawa. Punkt wyjścia wszyscy znają – eksplozja w elektrowni jądrowej. Pokłosie, niestety dla fabuły, też – żyjemy, świat się nie skończył. A mimo to, napięcie i poczucie wszechogarniającej paniki i nadchodzącego armageddonu czuć przez cały czas w powietrzu. Bo wiemy, że ostatecznie katastrofa nuklearna nie ogarnie całego świata, ale nie wiemy jakim kosztem. Pośrednio znamy skutki choroby popromiennej, ale nie chcemy sobie zwizualizować rozpadającego się ludzkiego ciała. Domyślamy się jakie skutki ta katastrofa wywołała pośród lokalnej ludności, ale nie myślimy o czymś tak przyziemnym jak eksterminacja skażonych zwierząt. I jakie skutki psychologiczne się z tym wiążą.

„Czarnobyl” to serial, który absolutnie wszystko robi nie tyle że dobrze –  robi to spektakularnie. To tylko krótkie pięć odcinków, ale zostają one w pamięci na bardzo długo. Pokazało też niekwestionowaną przewagę HBO nad Netflixem: nieustanna dyskusja, która odbywała się wokół tego serialu przez cały czas jego emisji, była najlepszą formą reklamy, na którą seriale wypuszczające wszystkie odcinki od razu nigdy sobie nie pozwolą. Czarnobyl to niewątpliwa perła, pokazująca jak wiele można osiągnąć tak plastycznym medium jakim jest telewizja.

 

#1. Breaking Bad / Better Call Saul

(2008 — 2013 / 2015 — obecnie, AMC)

za przedefiniowanie archetypu antybohatera i stworzenie stylu narracji, który inspiruje i będzie inspirować przez długie lata

Ale jak to? Dwie pozycje na pierwszym miejscu? Tak, bowiem trudno oceniać te dwie pozycje w oderwaniu od siebie, bowiem nigdy spinoff jednego serialu nie był tak mocno spleciony z oryginałem. Tak, ponieważ po zakończeniu swojej emisji Breaking Bad został okrzyknięty najlepszym serialem w historii telewizji, czemu przy sporej egzaltacji i patrzeniu przez palce byłbym skłonny się przychylić. Ale jego kontynuacja – Better Call Saul – jest jeszcze lepsza. 

Choć formalnie Breaking Bad zaczęło się jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku, to strajk scenarzystów wstrzymał produkcję pilotażowego sezonu – i bardzo dobrze, bo gdyby stanęło na pierwotnych założeniach uśmiercenia jednej z głównych postaci, prawdopodobnie ten serial nie urósłby do rangi takiej legendy. Ale co w nim takiego wybitnego? W sumie od czasu jeszcze Oz czy The Sopranos seriale bazowały na motywie złego bohatera, gloryfikacji złych uczynków, pokazywania w lśniącym świetle bohaterów co najmniej wątpliwych moralnie. Jednak niewiele z nich, o ile którykolwiek, miało odwagę tak polaryzować widzów względem oceny postaci – tam po prostu czarne było białe i kropka. W Breaking Bad wszystko było szare – albo żółte, jeżeli sceny działy się w Meksyku.

Przemiana Waltera White’a, fajtłapowatego nauczyciela chemii w lidera narkotykowego kartelu, była powolna – z tego też powodu dość wiarygodna w swojej wiarygodności. I choć na przestrzeni pięciu sezonów stopniowo dokonywał on rzeczy wręcz jednoznacznie złych – wciąż znajdował wśród widzów stronników. Na plus zasługuje też fakt, że całą historię udało się spiąć tak, aby wszyscy byli zadowoleni: ci, którzy byli za Walterem i przeciw. Piękne zamknięcie. Wszystko jest cacy.

A potem, dokładnie rok później, ktoś wpada na pomysł – ej, a w zasadzie czemu my to skończyliśmy? Pomysł odcinania kuponów od najlepszego serialu w historii, ale bez kluczowych elementów, które wpłynęły na jego sukces brzmi kuriozalnie. Na szczęście Vince Gilligan wiedział jak to ograć. 

Better Call Saul za głównego bohatera obiera znanego z oryginału śliskiego prawnika Saula Goodmana, najbardziej komediowy aspekt oryginału i opowiada o jego początkach. Z tego powodu, całość o wiele lżejsza niż zakończony rok wcześniej poprzednik, ale gdy robi się dramatyczniej – uderza nas to w serce jeszcze bardziej. Tak jak w przypadku Waltera White’a, nie wiedzieliśmy jak nisko upadnie jego postać, ale bardzo chcieliśmy przy tym być, tak w przypadku Saula — wiemy doskonale, do czego się zniży, ale wzbraniamy się rękami i nogami przed sytuacją gdy do tego wreszcie dojdzie. To są elementy, które sprawiają że obie te produkcje wznoszą się na absolutne wyżyny telewizji i każdy kolejny odcinek chłonie się z zapartym tchem. 

A gdzie jest Gra o Tron?

Na śmietniku historii, tam gdzie jej miejsce.

Jednakowoż przy podsumowaniu dekady nie sposób zapomnieć o jednym z najbardziej wpływowych seriali ostatniego dziesięciolecia, który zmienił myślenie branży jak i widza na temat telewizji. I z całą pewnością znalazłoby się miejsce dla Gry o Tron na podium tego zestawienia… gdyby nie zblazowani i wypaleni twórcy, którzy kompletnie zaprzepaścili potencjał ostatnich dwóch sezonów.

Zaczynało się fantastycznie, ale odkąd skończyła się inspiracja w postaci książek, superprodukcja okazała się ciężarem. Dla autorów, ekipy, ale co najgorsze — także dla widza. Nie ma nic gorszego, niż oglądanie serialu wyłącznie z przyzwyczajenia, a niestety w przypadku tego dzieła tak się niestety stało.

Jednak odstawiając na bok jakość końcówki Gry o Tron, jest to serial, który otworzył drogą dla naprawdę wysokobudżetowych produkcji telewizyjnych. Sprawił, że fantasy znowu stało się trendy, po raz pierwszy od premiery Władcy pierścieni: Powrót Króla. Przekonał aktorów, że występowanie w serialach nie jest tylko dla nieudaczników, ale też może być rewelacyjną odskocznią od dotychczasowej kariery.

Przekonał także każdego aspirującego scenarzystę, aby doskonale wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym.

Józef Poznar

Coś Obejrzanego