„Nic na siłę” – stan polskiego kina na 18. MFF Nowe Horyzonty

Autor: Józef Poznar

Oscar za najlepszy film nieanglojęzyczny, najważniejsze nagrody na festiwalach w Cannes oraz Berlinie, tłumy widzów oglądających rodzime produkcje nie tylko w domu – w polskim kinie nie było tak dobrze od lat. Jednak czy zerwaliśmy z kompleksem mniejszości i zmianą wydźwięku określenia „typowa polska produkcja”? W swoim eseju sprawdza to Józef Poznar, szukając tam, gdzie najlepiej w naszym kraju wyprzedza się i pokazuje nadchodzące trendy w kinematografii: na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty.

Nie było na nim najbardziej uznanego, współczesnego, polskiego reżysera Pawła Pawlikowskiego. Jego ostatnia produkcja, nagrodzona w Cannes za Najlepszą reżyserię, Zimna wojna weszła do szerokiej dystrybucji w Polsce na długo przed festiwalem. Jednak mimo to wśród prezentowanych obrazów znalazła się pokaźna reprezentacja polskich produkcji, zwłaszcza tych autorstwa najmłodszego pokolenia reżyserów. Pod lupę weźmiemy cztery najgłośniejsze produkcje: Córka trenera, Fuga, 53 wojny oraz Monument. Diagnoza?

Tę dawno temu postawił Bolec, znany z kultowej komedii Chłopaki nie płaczą: naszym brakuje luzu. Mamy za mało swobody w pokazywaniu własnego, artystycznego ja. Zastępuje ją podświadomy wymóg oryginalności za wszelką cenę. W skrócie: nic na siłę, a może być pięknie.

 

Córka trenera - plakat

Zacznijmy od filmu pokazywanego w pierwszy dzień Nowych Horyzontów – Córka trenera w reżyserii Łukasza Grzegorzka. Światowa premiera zapowiadana jako polska odpowiedź na kino sundance’owe – czyli niezależne, małomiejskie, ludzkie, niewielkie w swojej skali, a olbrzymie w treści. Reżyser postawił wszystko na jedną kartę, budując film wokół postaci granej przez Jacka Braciaka. Z jednej strony cieszy, że ten rewelacyjny polski aktor po dekadach ról epizodycznych czy najwyżej drugoplanowych dostaje poważną kreację, w której może błyszczeć. Bo błyszczy, to jest niezaprzeczalne.

Problem leży w tym, że to za mało. Dobry film musi mieć coś więcej, a sam Braciak musi mieć czym grać. Quasi-naturszczykowy scenariusz nawet w jego ustach często wypada drętwo, a sam film wielokrotnie zmierza w nie do końca pasujące do siebie miejsca, jakby nie wiedząc czym konkretnie chciałby widza do siebie przyciągnąć. Miast poważnej odpowiedzi na kino Sundance, dostajemy raczej jego imitację drugiej kategorii. Pocieszenia były trzy: raz – zdjęcia oraz montaż stojące na wysokim poziomie. Dwa – Braciak ma sporą szansę "wybić się" po tym filmie. Trzy – w porównaniu z resztą, to było naprawdę dobre otwarcie polskiej odsłony festiwalu.

★ ★ ★ 

Zupełnie inna sprawa ma się z Fugą Agnieszki Smoczyńskiej. Film swoją przygodę z Nowymi Horyzontami rozpoczął o wiele wcześniej, bo blisko dekadę temu, w formie scenariuszowego pitchingu prezentowanego podczas branżowej odsłony festiwalu. Wtedy to, obecny dyrektor artystyczny wydarzenia, a wówczas jeden z oceniających pomysły miał stwierdzić, że jest to „z całą pewnością niespotykane w polskim kinie wyzwanie aktorskie”. To się nie zmieniło. Odtwórczyni głównej roli a zarazem autorka scenariusza Gabriela Muskała zna doskonale swoje mocne strony i potrafi je bez trudu odgrywać na ekranie. Jednak i w tym przypadku nie wystarczy to do zbudowania dobrego filmu. Każda ze scen służy Muskale jako tło do błyszczenia swoim talentem w oku kamery, ale jako całość zawodzi w stworzeniu interesującej fabuły. Ona kradnie ten film i to w sensie dosłownym – przejmuje na siebie realizację wizji reżyserskiej.

To nie jest tylko kwestia potencjalnych oczekiwań wobec Agnieszki Smoczyńskiej – jej poprzedni film, Córki Dancingu, który w Polsce nie zdobył takiego rozgłosu jak za granicą, był haustem świeżego powietrza w polską kinematografię, krokiem w stronę magicznego realizmu, którego w polskim kinie od 28 lat tak bardzo brakuje. W tym filmie Smoczyńska jakby straciła wszystko to, za co można byłoby docenić Córki dancingu, wręcz niełatwo byłoby poznać, że te dwa filmy zostały wyreżyserowane przez tą samą osobę. Fuga od samego początku mami widza obietnicą czegoś innego, lynchowską zagadką balansującą na granicy snu i jawy. Ostateczna zwyczajność tego filmu rozczarowuje zamiast zachwycać. Sprawia, że mamy do czynienia z dobrze zagranym i nakręconym paradokumentem.

★ ★ ★ 

Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, na bardzo zbliżony problem cierpi najnowszy film Ewy Bukowskiej zatytułowany 53 wojny. To przecież zupełnie inny typ kina. Oparta na prawdziwych wydarzeniach adaptacja książki Grażyny Jagielskiej, żony Wojciecha, uznanego w Polsce dziennikarza i korespondenta wojennego, miała być opowieścią inną niż wszystkie: zamiast skupiać się na typowym protagoniście, który w swoim życiu wojen widział zbyt wiele, miała pokazać „zwyczajne” życie jego drugiej połówki, pełne czekania i niepokoju o losy męża. I na początku tak w istocie jest. Podobnie jak w dwóch poprzednich przypadkach dostajemy film zbudowany wokół najważniejszej kreacji w filmie – roli Magdaleny Popławskiej.  Jednak im dziwniejsze i niedorzeczne staje się z każdą minutą dzieło Bukowskiej, tym więcej na subtelności traci aktorstwo Popławskiej, przybierając w trzecim akcie kuriozalne i wręcz niedorzeczne rozmiary. To idealny przykład filmu, nad którym w jakimś momencie produkcji autor traci kontrolę. Gubi się. Coraz głośniejszy śmiech widowni staje się bezwzględny i jednoznacznie szyderczy. Widz nie jest w stanie uwierzyć, jak można było tak zrujnować dobrze zapowiadający się film. Zrujnować sileniem się na oryginalność.

W tym miejscu na honorowe wspomnienie zasługuje połowicznie polski film – Jeszcze dzień życia w reż. Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente. Nie jest to ani film fabularny, ani aktorski. Raczej docudrama uzupełniająca napotkanych bohaterów po latach animowaną rekonstrukcją zdarzeń. Oparty na opowiadaniu Ryszarda Kapuścińskiego pod tym samym tytułem dowodzi jednej rzeczy – jest silne parcie w kinematografii (niezależnej od narodowości) na sięganie po twórczość tego wybitnego, polskiego reportażysty. Nie jest to film zły, jednak znowu silący się na zapieranie tchu w piersiach w sposób do cna hollywoodzki. Halucynacyjne eksplozje całych miast i pokazywanie w incepcyjnym stylu mapy myśli głównego bohatera w animacji rodem z gry komputerowej nie robi wielkiego wrażenia. Podobnie pacyfistyczny James Bond z Warszawy, rzucający wyświechtane slogany z amerykańskim akcentem "Riczard Kapuczynsky", który na ekranie bardziej drażni niż przekonuje. Ale przynajmniej stwarza potencjał, aby cokolwiek w kontekście sfilmowania Kapuścińskiego zrobić.

 

★ ★ ★ 

Na samym końcu pozostała ona, w zasadzie jedyna i największa nadzieja polskiego kina. Szturmem zdobyła na początku tego roku serca nie tylko polskich krytyków oraz widzów swoim de facto pełnometrażowym debiutem Wieża / Jasny dzień. Z Nowych Horyzontów, ze swoim filmem Monument, zdecydowanie z tarczą wyjeżdża Jagoda Szelc.

To dzieło, co do którego można by mieć jak najmniejsze oczekiwania. Z pozoru to tylko dyplom studentów ostatniego roku wydziału aktorskiego łódzkiej filmówki. W tym jednak tkwi jego największa siła zestawiona z charakterystycznym już, unikalnym w polskim kinie pazurem Szelc. Reżyserka przed seansem potwierdziła, że jako dewizę swojej twórczości obiera zerwanie zarówno z kinem robionym pod publikę, jak i kinem, które trzeba zrozumieć (tym samym zasługuje na miano nadziei polskiego kina, nie tylko pod względem artystycznym, ale też pod względem światopoglądowej zmiany, odejściem od betonu). Jej najnowsze dzieło to jednak o wiele prostszy i bardziej jednoznaczny obraz, niż wspomniana wcześniej Wieża / Jasny dzień.

Punktem wyjścia jest wyjazd studentów hotelarstwa na praktyki w dość ustronne miejsce. Już od samego początku jesteśmy wrzuceni w świat, w którym jakaś niemożliwa do zdefiniowania siła mówi nam jasno: coś jest nie tak. To ta sama atmosfera niepewności, która zachwycała w poprzednim filmie Jagody Szelc. Co więcej, autorka realizując filmowy dyplom studentów aktorstwa porywa się na typ kina, po który polscy twórcy sięgają bardzo rzadko – ensemble cinema, film pozbawiony jednego głównego bohatera. Zamiast niego mamy dwudziestu równorzędnych bohaterów, z których każdy w sposób zupełnie niewymuszony ma okazję aby zapaść widzom w pamięć i dać aktorski popis.

W rękach kogoś innego, ten „tylko dyplom” kusiłby, aby skupić się tylko na kreacjach aktorskich, zostawiając nas z patchworkiem samotnych monologów. Jednak Jagoda Szelc swój film opiera na wielu zrównoważonych fundamentach – gra studentów jest równie dobra i pasująca do scenariusza, montażu, atmosfery czy ostatecznego przesłania opowiadanej historii. W Wieży / Jasny dzień elementem świeżości był brak jednoznacznego zakończenia – ucięcie filmu dziesięć minut wcześniej niż zrobiono by to zwykle, generujące masę różnych spekulacji. Tutaj, największym zaskoczeniem jest satysfakcjonująca i bardzo bezpośrednia puenta, która mimo wszystko pozwala na wiele interpretacji.

Od pozostałych wymienionych twórców, wspomniany na początku Pawlikowski i przytoczona na końcu Szelc, różnią się jednym wspólnym mianownikiem. Oboje mają jasno sprecyzowany cel. Wiedzą doskonale jaki efekt chcą swoim filmem osiągnąć i oboje mają odpowiedni warsztat, by go zrealizować. Znaleźli swoją własną drogę – w przypadku laureata Oscara jest to kino o najprostszych ludzkich emocjach, pokazane w nieskomplikowany, ale dobitny sposób; zaś w kwestii nagradzanej w Gdyni absolwentki PWSFTViT, to kino niszowe, wykrzykujące w eter pytania, które nie oczekują odpowiedzi. I jest to droga, którą widz może dostrzec, zrozumieć oraz ostatecznie docenić. Odrzucają znane do tej pory z polskiej historii konkretne „szkoły” robienia filmów, nie uciekają także w znane za oceanem podziały gatunkowe kina. Swoim własnym i niepowtarzalnym stylem budują podwaliny pod polskie kino autorskie z prawdziwego zdarzenia. Dają nadzieję rodzimemu widzowi na coś więcej, otwierając przed nim nowe horyzonty.

A chyba właśnie o to chodzi.