Wavves

Autor: Szymon Baczyński

Skatepark, kalifornijska plaża, kosmici, Dave Grohl i wszelakie psychodeliki. Wszystko to łączy się w muzyce i image’u zespołu Wavves. Muzyce, która pomimo swojego zdecydowanie kalifornijskiego brzmienia, wciąż zmienia się i wymyka jednoznacznym klasyfikacjom. Nieważne czy szukać nawiązań do surf rocka, noise popu czy pop punka, kwartet z San Diego swoim brzmieniem jest w stanie potwierdzać i jednocześnie negować wszystkie te gatunki. Wavves konsekwentnie od 10 lat gra swoje i nie daje zapomnieć swoim fanom o okrągłej rocznicy powstania zespołu, wydając na winylu reedycję swojego debiutanckiego materiału, wzbogaconą o niepublikowane wcześniej piosenki.

Dla zespołu Nathana Williamsa początek był zaskakująco łatwy. W 2008 roku ukazała się debiutancka płyta zatytułowana Wavves, nagrana w całości jako jednoosobowy projekt Nathana. Muzyka zaskakiwała swoją prostotą kompozycji i jednoczesnym bardzo przesterowanym brzmieniem, które wciąż jednak pozwalało zachować chwytliwość piosenek. Wavves zasilił wtedy perkusista Ryan Ulsh. Idąc za ciosem, w 2009 roku duet wydał płytę Wavvves, która wciąż składała się z hałaśliwych i jednocześnie bardzo melodyjnych piosenek. Latem Wavves wyruszyli na swoją pierwszą trasę po Europie, którą zespół musiał przerwać. Było to spowodowane załamaniem psychicznym Nathana Williamsa, spowodowanym mieszanką alkoholu, walium i tabletek ekstasy. Na festiwalu Primavera lider Wavves pobił się na scenie z perkusistą Ryanem Ulshem i zwyzywał publiczność, a ta obrzuciła go kubkami z piwem i butami. Przez skład zespołu przewinął się w rezultacie nawet Zach Hill, który szerzej znany miał być dopiero z Death Grips.

Wavves już jako trio nagrało w 2010 płytę King of the Beach, która wciąż cieszy się wśród fanów zespołu największą popularnością. Wraz z poszerzeniem składu zmieniło się też brzmienie zespołu. Piosenki wciąż były bardzo chwytliwe, ale zamiast uderzając w słuchacza chropowatością Sonic Youth, zespół postawił na przebojowość spod znaku Get Up Kids. Tekstowo Williams wciąż jednak kreował się na samotnika i pesymistę. Promocja albumu była spektakularnym sukcesem, a do singli „King of the Beach” i „Post Acid” powstały pierwsze teledyski, które doskonale ilustrują skejtowski charakter zespołu w tamtym czasie. Wsystko przepełnione luzem i słoneczną atmosferą, która kontrastowała z tekstami Williamsa. Zespół zaczął umacniać swoją pozycję na scenie alternatywnej i uniknął pozwu ze strony Disneya za tytuł piosenki „Mickey Mouse”. Pomogło temu zainteresowanie Pitchforka, którego pokłosiem było żartobliwe tytułowanie Nathana Williamsa w wywiadach jako „Pitchfork Darling”. Wavves ruszyli w trasę z Fucked Up, jednak to związek wokalisty z frontmanką Best Coast był dla fanów obiektem zainteresowań. Kontakty z oboma kapelami zaowocowały udziałem muzyków w nagraniach na najnowszą EP-kę zespołu. „Life Sux” zostało wydane w 2011 roku sumptem nowo założonej przez Wavves wytwórni Ghost Ramp.

Czwarty krążek Wavves zaskoczył słuchaczy swoją czystością. Ale choć płyta Afraid of Heights brzmiała zupełnie inaczej niż debiut, dla fanów wciąż było jasne że to ten sam zespół – choćby poprzez charakterystyczne dla Nathana Williamsa wyczucie melodii, które tym razem było wzbogacone partiami wokalnymi Jenny Lewis z Best Coast. Teksty frontmana nadal koncentrowały się na jego smutku. Jednocześnie zespół zasługiwał na pochwałę dzięki odczuwalnemu, konsekwentnemu rozwojowi, przy zachowaniu dotychczasowego charakteru. Piosenkę „Nine is God” wykorzystano nawet w ścieżce dźwiękowej do gry GTA V. Sam zespół na fali popularności wyruszał w kolejne trasy koncertowe.

Dla fanów Wavves rok 2015 rozpoczął się od euforii, gdy po dwóch latach posuchy Nathan Williams za pośrednictwem Twittera ogłosił nadejście nowych wydawnictw. Miały to być kolejno split i płyta długogrająca. Wavves konsekwentnie pracowali też nad rozwojem swojego wydawnictwa Ghost Ramp, którego sumptem wydana została No Life for Me, kolaboracyjna płyta z Cloud Nothings. Trwający zaledwie 22 minuty split skumulował najbardziej charakterystyczne elementy dla muzyki obydwu zespołów, jednocześnie prezentując ich odmienne spojrzenia na post punk i indie rock. Całość spowita była ciężką, duszną i lekko narkotyczną atmosferą. Album przez swój charakter wydawniczy nie został szeroko doceniony przez krytyków, ale wśród fanów Wavves i Cloud Nothings, z miejsca zyskał status kultowego.

W tamtym momencie nikt z zespołu nie spodziewał się jak trudnym dla zespołu okaże się być ten rok. Zerwanie z wokalistką Best Coast popchnęło Nathana Williamsa w alkoholizm. Wpłynęło to na proces powstawania zapowiedzianej wcześniej piątej płyty studyjnej. V finalnie ujrzał światło dzienne w październiku 2015 roku. W swoim wydźwięku wydawnictwo to było najbardziej pesymistyczną pozycją w całej dyskografii zespołu. Duży wpływ miały na to teksty, za które odpowiedzialny był wokalista. Tym razem bijąca z nich samotność i smutek była bardziej ujmująca niż zwykle, a nawet znajdowała w pewnym stopniu odbicie w warstwie muzycznej. V była zatem płytą znacznie bardziej agresywną i wściekłą niż poprzedniczki. To w połączeniu z konfliktem na linii Wavves – Warner Bros przełożyło się na niewielki sukces komercyjny. Nie miało to znaczenia, bowiem sam zespół traktował album jako formę terapii. Jej efektem była możliwa już w 2016 roku trasa koncertowa u boku Best Coast.

Ostatnia płyta Wavves, You’re Welcome ukazała się w 2017 roku. Był to zarazem pierwszy longplay zespołu wydany wyłącznie przez Ghost Ramp – ich własną wytwórnię. Album nie spotkał się jednak z tak ciepłym przyjęciem jak wszystkie poprzednie wydawnictwa zespołu. Paradoksalnie najlepiej Wavves brzmiało tam, kiedy stawiali na najbardziej sprawdzone i wyeksploatowane patenty brzmieniowe. Williams nie stracił talentu do chwytliwych melodii, ale na You’re Welcome nie były one już tak autentyczne i niefrasobliwe. Zaczęły być one glam rockowe.

Dla Wavves bieżący rok oznacza dziesięciolecie istnienia, które było przecież tak intensywne. Zespół celebruje jubileusz reedycją debiutanckiego materiału i pierwszą w historii kwartetu z Kalifornii tak dużą trasą koncertową. Trzeba przyznać, że dotychczasowa historia grupy jest dla młodych kapel wyjątkowo niewychowawcza. Zespół konsekwentnie udowadniał, że receptą na sukces może być talent i bardzo duża dawka bezczelności. Tak przynajmniej było kiedy członkowie mieli po 20 lat. Teraz Nathan Williams ma 32 lata i czas pokaże jaką drogą podąży Wavves i na jakich zasadach zespół odniesie kolejne sukcesy, bo w zasadzie można zakładać, że po prostu są na to skazani.

Artykuł przygotował Maciek Tomasiewicz