Jon Hopkins – Emerald Rush

Autor: Mariusz Ochojski

Po świetnym Immunity z 2013 roku przyszło nam długo wyczekiwać na kontynuację twórczości Jonathana Juliana Hopkinsa. Brytyjczyk dał się poznać dotychczas jako nietuzinkowy artysta, którego występy na żywo są doświadczeniami audiowizualnymi. Najnowszy album Jona to techno-odyseja zamoczona w kwaśnym housie z odrobiną przestrzennego ambientu. Na Singularity Hopkins buduje pulsujący muzyczny krajobraz na bezkresnym syntezatorowym pustkowiu.I chyba nikt nie ma za złe tego okresu oczekiwania, gdy powstaje dzieło tak wybitne, osadzone — jak sam przyznaje — w osobistym, a nie kosmicznym kontekście.

Osobliwość – punkt lub linia, gdzie przyspieszenie grawitacyjne lub gęstość materii są nieskończone. Z opisu ewolucji Wszechświata określonej przez metrykę Robertsona-Walkera wynika, że osobliwość powinna istnieć na początku Wielkiego Wybuchu.

 

Ten oto, bardzo prosty cytat za Wikipedią, celnie określa muzykę, jaką znajdziemy na Singularity. Nasza mocograjowa propozycja z tego albumu, Emerald Rush, chyba w najbardziej przystępny sposób oddaje charakter tego albumu, dodatkowo okraszony pięknym klipem nawiązującym luźno do całości i konwencji albumu. Cudownie rozwijająca się kompozycja, na której pierwszy plan wybija się wręcz hipnotyczny, pulsujący rytm, niczym święcąca w oddali latarnia prowadząca nas, gdzieś w górę czarnej dziury, kierując nas… no właśnie dokąd? Gdzieś na końcu tej osobliwej drogi, masywne kryształy dźwiękowe stapiają się w jeden strumień energetycznej ekstazy, by zapętlić się po raz wtóry.

Hopkins oparł swój album, na tym, na czym opiera się wszechświat, a więc nieskończonych cyklach, tworzenia i destrukcji, ponownych narodzinach i gasnącemu światłu życia. My również jako mała cząstka, tej ogromnej układanki, jesteśmy częścią tych procesów w swoim mikro- w skali nieskończonego uniwersum — świecie.