Beach House

Autor: Michał Dereń

Trudno nie zgodzić się, że duet Victorii Legrand i Alexa Scully’ego dużo zawdzięcza panteonowi wielkich poprzedników. Bo jak też brzmiałaby ich muzyka gdyby nie wcześniejsze dokonania legend takich jak Mazzy Star czy Slowdive? W przeciwieństwie do wielu młodych zespołów, w przypadku Beach House chlubne inspiracje stały się tylko punktem wyjścia, a dzięki talentowi i niezwykłej pracowitości grupa wykreowała własny oryginalny styl, wprowadzając dreampopową stylistykę w XXI wiek.

Ich nazwa to w tłumaczeniu po prostu „domek na plaży”, lecz muzyka Beach House chyba tylko u nielicznych wywołuje skojarzenia z wakacjami. To raczej melancholijna ścieżka dźwiękowa ostatnich dni września, nieubłaganego schyłku lata.  Wspólnym mianownikiem nagrań jest jednostajna, powolna rytmika, bogata instrumentalna tekstura i wszechobecny pogłos nadający całości sennego, odrealnionego charakteru. Na papierze wygląda to jak przepis na dowolny dreampopowy kawałek, lecz duet z Baltimore jak mało który współczesny wykonawca potrafi przekuć te stare prawidła w zupełnie nową, frapującą i oryginalną całość. W tym chyba tkwi przepis na ich sukces i źródło niepodzielnego szacunku krytyki, którym Beach House cieszą się od ponad dekady swego istnienia.

Zacznijmy jednak od początku. Victoria i Alex spotkali się w 2004 roku. Oboje byli świeżo po college’u i poszukiwali swojego miejsca w dorosłym świecie. Pomysł wspólnego grania narodził się dość spontanicznie, a artystyczna chemia zadziałała właściwie od razu. Po kilkunastu miesiącach mniej lub bardziej udanych prób i pierwszych koncertów w rodzimym Baltimore i okolicach, zarejestrowali kilka utworów. Jeden z nich, „Apple Orchard” trafił na firmowany przez Pitchforka mixtape, dzięki czemu muzyka grupy miała szansę trafić do szerszego odbiorcy. Dalej poszło jak z płatka. Po krótkim czasie odezwała się mała nowojorska oficyna Carpark Records zainteresowana wydaniem pierwszego longplaya zespołu. Ten, zatytułowany po prostu „Beach House”, ujrzał światło dzienne w październiku 2006 roku i spotkał się z ciepłym przyjęciem krytyków. Chwalono przede wszystkim za oryginalny charakter całości i efektowne brzmienie osiągnięte prostymi środkami. Warto tu zaznaczyć, że zarówno debiut, jak i jego kontynuacja w postaci "Devotion" z 2008 roku powstały w niewielkim lokalnym studiu nagraniowym, a pieczę nad brzmieniem i wszystkimi partiami instrumentalnymi sprawował bez niczyjej asysty sam duet.

Trzeci longplay, „Teen Dream”, przynosi prawdziwy przełom. Dzięki kontraktowi z gigantem w postaci Sub Pop, zespół otrzymał spore środki na realizację nagrań i międzynarodową dystrybucję. Jak wspominają Victoria i Alex, dopiero wtedy tak naprawdę zdali sobie sprawę, że stają się ważną i rozpoznawalną marką na alternatywnej scenie. Całość powstawała długo, zespół eksperymentował i wciąż wprowadzał kolejne zmiany. Wszystko po to, by – jak sami to określili – „osiągnąć bardziej wysmakowane brzmienie”. Pomógł im w tym ceniony producent w osobie Chrisa Coady’ego kojarzony ze współpracy choćby z Grizzly Bear czy Yeah Yeah Yeahs. Wyszło świetnie; „Teen Dream” to monumentalna płyta, która okazała się kluczem do światowej kariery. Zachwyt krytyki współgrał jednak z opiniami, że mamy do czynienia ze szczytowym osiągnięciem grupy. Piewcy tego poglądu byli jednak w sporym błędzie. Wydane dwa lata później „Bloom” to idealny pomost między alternatywą, a ambitnym, choć przyjaznym dla przeciętnego słuchacza popem. Album trafił do wielu prestiżowych podsumowań roku, a grupa już chyba na zawsze zaskarbiła sobie miejsce w muzycznym panteonie.

Po chwilach chwały i splendoru często potrzebna jest odrobina wytchnienia. Nie inaczej było w przypadku Beach House. Długa międzynarodowa trasa koncertowa promująca świetnie przyjęty krążek okazała się bardzo wyczerpującym doświadczeniem. Na premierę kolejnych wydawnictw fani musieli czekać prawie trzy lata. „Depression Cherry” okazało się oszczędnym w formie i raczej pozbawionym komercyjnego potencjału powrotem do korzeni. Zupełnie niespodziewanie, trzy tygodnie później na rynek trafiła kontynuacja w postaci „Thank Your Lucky Stars”. Brak jakiejkolwiek akcji promocyjnej miał – wedle samego zespołu – podkreślić jego undergroundowy rodowód i wyrazić swego rodzaju dezaprobatę dla opanowanego przez wielkie pieniądze przemysłu muzycznego.

Czas leci szybko. Aż trudno uwierzyć, że od premiery debiutanckiej płyty Beach House minęło prawie dwanaście lat. Nie każdy zespół po ponad dekadzie intensywnej działalności wciąż potrafi utrzymywać wysoki poziom, a jednocześnie zaskakiwać i przecierać nowe szlaki. Nasuwa się pytanie: co takiego jest w muzyce Victorii i Alexa, że słuchając ich kolejnych nagrań nie towarzyszy nam uczucie deja vu, lecz wręcz przeciwnie – sprawdzona formuła wydaje się bogatsza, dojrzalsza, a zarazem wciąż świeża i oryginalna? Zawdzięczamy to wielkiemu talentowi do pisania ciekawych piosenek i autorskiemu stylowi konsekwentnie rozwijanemu od początku działalności. A czy da się go jakoś zdefiniować? Moim zdaniem wielkość Beach House polega na  umiejętności budowania ze słuchaczem specyficznego rodzaju więzi. Niezależnie czy mamy do czynienia z nieco „garażowym” debiutem lub pełnymi produkcyjnych fajerwerków „Teen Dream” i „Bloom”, muzyka duetu brzmi bardzo intymnie. Bogata paleta barw zlewa się w przyjemną teksturę w tle, co idealnie współgra z dominującą linią wokalną. Dzięki temu, chociaż słyszymy wiele różnych akustycznych i elektronicznych instrumentów, całość nigdy nie traci charakterystycznej „kameralności”.

11 maja to oficjalna data premiery „7”, najnowszego albumu duetu z Baltimore. Czytając ten tekst, jesteście już być może po lekturze pierwszych recenzji płyty lub nawet jej odsłuchu. Ja jak na razie miałem okazję zapoznać się z trzema promującymi wydawnictwo singlami. Szczególnie ujął mnie „Lemon Glow”, choć kolejne „Dive” i „Black Car” prezentują równie wysoki poziom. Dodając jeszcze, iż za produkcję całości odpowiada weteran brytyjskiej alternatywy Peter Kember, w ciemno obstawiam, że będziemy mieli do czynienia z kolejnym znakomitym albumem Beach House. Siódmym z rzędu…