Janelle Monáe

Autor: Kurtek Lewski

Była niepokalaną cyberheroską Cindi Mayweather! Na nowej zdejmuje metalową maskę i pokazuje własną twarz — Janelle Monáe jest człowiekiem z krwi i kości i artystką tygodnia w Radiu LUZ.

Zanim jeszcze ktokolwiek usłyszał o Janelle Monáe, w 2005 roku pod skrzydła swojego Purple Ribbon przygarnął młodą piosenkarkę Big Boi. Wówczas w zupełnie zadziwiającym towarzystwie Monáe zadebiutowała ze swoim wdzięcznie soulpopowym materiałem inspirowanym "Don't Stop til You Get Enough" Michaela Jacksona na hip-hopowym showcasie oficyny Got Purp? Vol. II. Wczesne nagrania Monáe, niektóre zarejestrowane już w 2003 roku, można bez trudu znaleźć w sieci pod nazwą The Audition — to niedopracowany, ale intrygujący zbiór piosenek zaśpiewanych z pasją przez utalentowaną dziewczynę. To nadzieje i marzenia pracownicy sklepu ze sprzętem biurowym śpiewającej przechodniom po godzinach na klatce schodowej lokalnej biblioteki własne piosenki. To wreszcie pierwsze przesłuchanie do roli Janelle Monáe, która jeszcze wówczas nie została obsadzona. Obsadzono natomiast rolę Cindi Mayweather. Monáe mimo wszystko wygrała wygrała los na loterii — w szeregi Bad Boy Records wciągnął piosenkarkę Diddy — z zastrzeżeniem, że wkracza do akcji jako mecenas sztuki i że koncepcja artystyczna Monáe pozostanie przez niego nietknięta. To ważne oświadczenie w czasach, gdy niezależna dystrybucja muzyki w internecie wciąż nie była poważnie traktowana przez słuchaczy i krytyków, a duże wytwórnie wciąż specjalizowały się w przerabianiu swoich wokalistów w produkty o zastosowaniu komercyjnym. Ale Janelle… Janelle sama była już wtedy doskonale wymyślona —  na scenie i w piosenkach zmieniała się w Cindi Mayweather — humanoidalnego droida żyjącego w 2790 roku w kosmicznym mieście Metropolis wyciągniętym żywcem z klasycznej utopii science fiction Fritza Langa. Sama Cindi jako droid symbolizowała innego, obcego, tego, z którym pozostali muszą ostatecznie się rozprawić, ale jest on niezbędny dla zachowania ich wewnętrznej jedności i wspólnej tożsamości — tym samym Cindi miała na karku międzygalaktyczną policję i całe zastępy łowców nagród. Musiała uciekać.

Wizja Metropolis Janelle Monáe to triumf na wielu poziomach. Oto android Cindi Mayweather, alter ego Monáe, popada w konflikt z międzygalaktycznym prawem, zakochując się w człowieku imieniem Anthony Greendown. Swoją muzyczną podróż Cindi i Janelle rozpoczynają w 2007 roku suitą The Chase od spektakularnej ucieczki w rytm futurystycznego rock & rolla (zrealizowanego na kanwie współczesnego R&B z progresywną domieszką funku, klasycznego soulu, rocka i swingu), który za jakiś czas miał stać się wizytówką projektu i samej Monáe. Na długogrającym debiucie Janelle Monáe The ArchAndroid z 2010 roku piosenkarka i jej bohaterka Cindi Mayweather w pełni rozwijają skrzydła. Mayweather staje się ikoną ruchu oporu, a Monáe wspierana finansowo i kreatywnie przez Diddy’ego wraz z zespołem wiernych współpracowników z Wondaland Art Society osiąga kreatywne wyżyny. Album wypełniony jest po brzegi eksperymentami stylistycznymi — najpierw wprowadza słuchaczy w hipnotyczny trans, dalej eksploruje psychodeliczny kameralny pop lat 60., by zakończyć epicką ośmiominutową orkiestrową balladą zaśpiewaną z jazzowym zacięciem prosto ze szkoły starego Hollywood. W międzyczasie przeżywa rozmaite przygody — prowadzi zimną wojnę i ląduje w wypatrywanym Wondalandzie — narracja niezmiennie zamyka się w formie niesamowicie przebojowych artpopowych numerów rozmaitej maści. Wydanie The ArchAndroid w formie longplaya, a nie jak planowano wcześniej, jako dwóch osobnych epek, pokazało siłę płyty długogrającej — ledwie znana wcześniej Monáe właśnie dzięki płycie wkroczyła pewnym krokiem do pierwszej ligi R&B. Krytyczny sukces ArchAndroid miał też niebagatelny wpływ na wskrzeszenie mody na albumy koncepcyjne, które od połowy lat 80. były w poważnym odwrocie. Nic w tym zresztą dziwnego — nie da się ukryć, że Monáe, tworząc mieszankę do tej pory nieodkrytą i do dziś zupełnie niepowtarzalną, zdefiniowała na nowo, jak może brzmieć R&B.

Po latach spędzonych w masce Cindi Mayweather — humanoidalnego androida — Dirty Computer najnowsza, trzecia długogrająca płyta Janelle Monáe odkrywa wreszcie jej własną twarz. Jak się okazuje, Monáe nie jest niepokalaną bohaterką swoich wcześniejszych nagrań, mesjanistycznym cyborgiem z misją ocalenia kosmicznej utopiii spętanej jarzmem policyjnej dyktatury. Jest człowiekiem z krwi i kości, który czasem upada, bywa, że płacze, ale podnosi się i idzie dalej. To właśnie robi Monáe na nowym krążku — nie chowa się za figurami retorycznymi, na własnych zasadach przyznaje że bała się, że nie będzie w stanie wpisać się w niebotycznie wysokie standardy popkulturowe, że ludzie będą ją oceniać, że pozostanie niezrozumiana i wystawi się na pośmiewisko przed oczyma całego świata. Na nowej płycie rozlicza się z latami obsesyjnego perfekcjonizmu, który wciąż jest zarówno motorem dla jej twórczości, jak i demonem, z którym się zmaga. Zmaga się także z własnymi korzeniami — bardziej niż czegokolwiek obawia się pytań swoich krewnych o tę płytę, która, jak określiła w rozmowie z magazynem Rolling Stone — w dużej mierze jest reakcją na pogląd niektórych członków jej rodziny, że wszyscy homoseksualiści idą do piekła. "Służę Bogu miłosiernemu" — dodaje. "Może popełniam błędy, może wyciągam wnioski post factum, ale jestem gotowa, by ruszyć w tę podróż" — podsumowuje Janelle.