MGMT

Autor: Michał Pajer

Twórcy takich hitów jak Kids, Time to Pretend czy Electric Feel po pięciu latach wydali w tym roku swoją czwartą płytę, którą udowadniają, że wrócili do formy z 2008.

Historia MGMT zaczyna się w 2002, kiedy to Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser byli jeszcze studentami Uniwersytetu Weslyan w Massachusetts. Zespół zrodził się po części dzięki specyficznemu poczuciu humoru Andrew i Bena gdyż traktowali początkową działalność zespołu jako dobrą zabawę i odskocznię od uczelnianych obowiązków. Starali się pisać w tym czasie „najbardziej popowe piosenki jakie można sobie wyobrazić”, a na jednym z pierwszych występów chcąc zażartować sobie z uczelnianej publiczności przebrali się za ogromnego bałwana śpiewającego do zapętlonego motywu z filmu Ghostbusters. Szybko jednak zdali sobie sprawę, że ich utwory mogą odnieść sukces, dlatego jeszcze przed opuszczeniem uniwersytetu wydali dwie epki, We (Don't) Care i Climbing to New Lows.

Po opuszczeniu college’u w 2005 wydali epkę Time to Pretend i wybrali się w krótką trasę koncertową jako suport zespołu Of Montreal. Dzięki temu zostali dostrzeżeni przez wytwórnie Columbia Records, która zdecydowała się podpisać z nimi kontrakt. Swój debiutancki album zatytułowany Oracular Spectacular wydali w 2008 roku. Okazał się on ogromnym komercyjnym sukcesem i zapewnił zespołowi status międzynarodowej gwiazdy, która otwierała line-upy wielu festiwali. Duet nie osiadł jednak na laurach i już w 2010 roku wydał drugi krążek – Congratulatios który znacząco różnił się od debiutu. Trudno odnaleźć na nim hitowe kompozycje pokroju Kids, nowojorczycy zmęczeni działaniem mechanizmów przemysłu muzycznego wymagającego od twórców dostarczania kolejnych radiowych blockbusterów zdecydowali się storzyć płytę która wymaga przesłuchania od początku do końca, zainspirowaną nurtem psychodeli z lat 60 oraz nowofalowym latami 80. Nic dziwnego więc, że przy uważnym odsłuchaniu można zuważyć na niej wpływy takich grup jak Pink Floyd czy Briana Eno.

Kolejny krążek zatytułowany po prostu MGMT rozwija ideę poprzedniego. Umieszczone na nim utwory, które są jeszcze bardziej rozbudowane kompozycyjnie zachęcają słuchacza do zatopienia się w niezwykle plastycznym świecie wykreowanym przez twórców który w odbiorze ograniczony jest jedynie wyobraźnią słuchacza. Próby odkrywania swojej muzycznej tożsamości, kosztem zadowolenia krytyków i fanów nie były dla MGMT do końca udane, gdyż wielu przestało patrzeć na zespół przychylnym okiem.

W związku ze zmęczeniem ciągłym koncertowaniem i zrezygnowaniem z powodu dość chłodnego przyjęcia drugiego i trzeciego albumu VanWyngarden i Goldwasser zdecydowali zrobić sobie przerwę od tworzenia. Ben wyjechał na zachodnie wybrzeże, gdy Andrew został w Nowym Jorku. Tych kilka lat rozłąki wyszło na dobre zespołowi, gdyż po pięciu latach powrócili z nowym albumem, który zjednał sobie serca krytyków i fanów. Duet znalazł sposób na połączenie swych songwriterskich ambicji i lekkości z pierwszego albumu – bardziej przystępne popowe kompozycje, w których wyczuwalny jest klimat lat 80 zapewniły powrót grupy do mainstreamu. Czy w następnych albumach MGMT znów będzie potrafiło nas zaskoczyć? Na odpowiedź na to pytanie musimy jeszcze poczekać..