Nils Frahm

Autor: Mikołaj Maciejewski

Kiedy we wczesnym dzieciństwie ojciec kształtował w nim swobodę artystyczną, a nauczyciel pianina zaszczepiał miłość do klasyki, postanowił te dwa światy w swojej muzyce łączyć i na nowo odkrywać. W tym roku powrócił z płytą All Melody. To Nils Frahm.

A gdyby tak zacząć od końca?

All Melody ukazała się w ostatni piątek stycznia. A Nils, który do tej pory bardzo często pojawiał się z nowymi wydawnictwami w świadomości (i uszach) słuchaczy, tym razem powrócił po nieco dłuższej przerwie. Być może dlatego, że potrzebował chwili na zapoznanie się z przepastym Funkhaus. Monumentalny budynek-pomnik, w którym niegdyś znajdowała się rozgłośnia radiowa w Berlinie Wschodnim posłużył bowiem za najważniejszy "instrument" na jego nowej płycie.

Nils Frahm często podkreśla, że studio może być instrumentem, jak każdy inny. Jego aksutyka, wystrój, "mieszkańcy" nadają nie tylko wyjątkowego klimatu, ale różnież determinują brzmienie. Wielkie, orkiestralne sale dodały do utworów przestrzeni, zrobiły miejsce na sporadycznie pojawiające się do tej pory trąbki, flety, skrzypce czy nawet partie chóralne. W Funkhaus Nils odkrył także wiele starych, lekko zakurzonych instrumentów, przykładowo organy miechowe, których specyficzny dźwięk, wywołany przepływem mechanicznie wypychanego powietrza przez metalowe piszczałki jest pewnym motywem przewodnim płyty. Jest pewnie tak, że być może o niektórych z tych dźwięków zdążyliśmy już zapomnieć. On wyjątkowo je odświeża; trochę stawiając to sobie za cel.

Nie ma więc wątpliwości, że jego podejście do muzyki nie jest tak do końca typowe. Sam jest producentem swoich płyt i realizatorem nagrań. Trzeba przyznać, że niezwykle otwartym; do każdego pojedynczego dźwięku podchodząc w zupełnie inny sposób. Sam nawet ustawia mikrofony, przyznając, że często z premytacją robi to źle. Dlaczego? Oczywiście chcąc uzyskać nieznane, oryginalne brzmienie. Pewnie zdaje sobie sprawę, że jego eksperymenty nie zawsze zostaną wychwycone, czy docenione przez słuchaczy, ale samo dążenie do tego jest jego wielką pasją. To dlatego jego nagrania pokryte są charakterystyczną warstwą kurzu, dźwiękowych brudów, niedociągnieć, trzasków. Romantycy powiedzieliby, że mają swoją duszę. Świetnym przykładem na to jest płyta Felt sprzed siedmiu lat. 

Z samego fortepianu można wydobywać dźwięki na różne sposoby. W profesjonalnej nomenklaturze to fortepian preparowany. Niby to nic nowego, bo pierwsze takie eksperymenty było już słychać w latach 40. ubiegłego wieku, ale to wciąż nie do końca zgłebiona gałąź muzyki, na której lubi posiedzieć wielu współczesnych artystów. I tak Leszek Możdżer nakrywa struny fragmentem materiału, a całą gamę takich eksperymentów prezentuję także Apex Twin na płycie Drukqs. Nils Frahm z kolei w te same struny w pudle rezonansowym uderza niczym pałeczkami w ksylofon, szczotkami do toalety. Używanie najdroższych instrumentów na świecie w ten sposób może niejednemu zjeżyć włos na głowie, ale jednocześnie… wywołać gęsią skórkę z zachwytu, czy może zdziwnienia z uzyskanego brzmienia. Te niecodzienne atrakcje to pewnie znak rozpoznawczy. I choć oczywiście można usyłyszeć je na płytach, to cały swojego rodzaju rytuał jest zarezerwowany dla występów na żywo.  Wtedy Nils niczym szaman, wpada w trans, który prowadzi o do najdziwniejszych improwizacji. Próbą uchwycenia tych niepowtarzalnych emocji jest płyta Spaces z 2013 roku.

Ponad te wszystkie eksperymenty, studyjnie zawsze był przede wszystkim wierny klasyce. Większość jego płyt to różne fortepianowe podróże. Albumy takie jak Screws czy Solo to kwintesencja jego brzmienia, melodii i minimalizmu. Nils, mówiąc wprost, ma w nosie tak modną i narzucaną współcześnie kompresję dźwięku. Pozwala mu maksymalnie wybrzmieć, bardzo świadomie i znakomicie operując dynamiką. Świadomie też wpływa na emocje słuchaczy, tworząc bardzo ckliwe, często wręcz do przesady, melodie.

Nils Frahm przede wszystkim występuje solo. Niby chowa się za konstrkucjami złożonymi z kilku par klawiszy, sentezatorów, mikserów i samplerów, ale na koncertach jest niezwykle ekspresyjny. Bardzo ceni sobie samodzielność, możliwość improwizacji, to jednak nie przeszkadza mu w okazjonalnych kolaboracjach. Współpracował Frankiem Schültge, który wprowadzał do utworów gitarę.  Ze skrzypaczką Anne Müller​ w paradoksalne bardziej elektronicznej odsłonie. Nie raz siadał za jednym fortepianem ze swoim kumplem i bratnią duszą Olafurem ArnaldsemNiezależnie jednak z kim pracował, zawsze wyraźnie podkreślał swoją rolę.

All Melody to pewien zbiór, chyba nawet najbardziej spójny, utworów które można umiejscowić właściwie w każdym momencie kariery Nilsa Frahma. Pokazuje artystę od tej klasycznej, jak i eksperymentalnej strony. I niezależnie od tego, w którym miejscu; na początku, końcu, w środku tę jego muzykę złapiemy, warto docenić tego niezwykle kreatywnego i świadomego artystę.