Weezer

Autor: Michał Dereń

Pierwsza połowa lat 90, trwa w najlepsze ostatni wielki młodzieżowy zryw XX wieku. Grunge’owi buntownicy ze Seattle spod znaku Nirvany, Soundgarden i Mudhoney cieszą się ugruntowaną pozycją w muzycznym światku, a lansowany przez nich wizerunek niegrzecznych, nieuczesanych chłopaków odzianych we flanele, wyświechtane levisy i starte trampki już zdążył zakorzenić się jako masowy trend modowy po obu stronach globu, stając się szablonem z jakim do dziś kojarzymy popkulturę tych czasów. Mało kto spodziewał się, że tuż obok tego trwającego w najlepsze festiwalu nihilizmu i buntu o wszystkich odcieniach szarości, gdzieś w wynajętym garażu na przedmieściach Los Angeles po cichu zacznie dokonywać się inna, nie mniej ważna dla historii muzyki popularnej rewolucja.

Gdy dwudziestojednoletni Rivers Cuomo, przyszły wokalista i lider Weezer, po raz pierwszy usłyszał „Smells Like Teen Spirit” Nirvany, zaczął zadręczać się myślą, że równie dobrze sam mógł napisać taką piosenkę i utorować sobie tym samym drogę do sławy. Tylko czy grzeczny student Harvardu w okularach z grubymi oprawkami byłby dla publiki wiarygodnym buntownikiem? Czy można zostać gwiazdą rocka samemu będąc chodzącą antytezą utartego kilka dekad wcześniej wizerunku rock and rollowca? Cuomo, miły, choć mało charyzmatyczny chłopak w swetrze, nigdy nie czuł potrzeby kontestacji i nie miał w sobie ni krzty obrazoburcy, co może uczyniłoby z niego drugiego Kurta Cobaina. Dlatego, zamiast przywdziewać maską kogoś, kim nigdy nie był i nie będzie, zaczął pisać szczere, melodyjne piosenki, z którymi mogliby się identyfikować ludzie tacy jak on sam: ci, którzy mają swoje młodzieńcze pragnienia, miłości i rozterki, ale wcale nie muszą koniecznie być „cool” w powszechnym rozumienia tego słowa. Nie zabiegał o status idola. Nie był i nie chciał być dla nikogo niedoścignionym wzorcem, od samego początku będąc po prostu kimś takim jak sam słuchacz. Jak się później okazało, to właśnie owa rozbrajająca bezpretensjonalność i afirmacja zwyczajności okazały się kluczem do sławy. I chociaż tak naprawdę Weezer nie był pierwszym popularnym zespołem uosabiającym swoim wizerunkiem antytezę rock and rolla, to właśnie im zawdzięczamy wprowadzenie i spopularyzowanie w głównym nurcie archetypu nerda – gwiazdy rocka.

Debiutancki „Niebieski album” to owoc songwriterskiego kunsztu Riversa Cuomo, który mocno osobiste przemyślenia przeplata wachlarzem odwołań do popkultury i niewymuszonym dowcipem, zaś napisanie przez niego chwytliwe melodie ewokują zapomniane power popowe grupy z lat 70. Ogromna popularność, a współcześnie kultowy status płyty, nie jest jednak wyłączną zasługą talentu lidera. Pieczę nad produkcją płyty sprawował ex-frontman The Cars Ric Ocasek i to jemu zawdzięczamy charakterystyczną masywność brzmienia gitar idealnie kontrastującą z łagodnym wokalem, które stały się zresztą wizytówką grupy. Ważnym elementem machiny promocyjnej były też teledyski, a w szczególności wideo do „Buddy Holly” w reżyserii Spike’a Jonze’a, który przeniósł grupę na plan filmowy sitcomu „Happy Days”. O ogromnej popularności klipu najlepiej świadczy fakt, że jako bonusowy dodatek trafił na płyty z mającym wówczas premierę Windowsem 95.

Niespodziewany wielki sukces debiutu i pierwsza duża trasa koncertowa okazały się dla kwartetu z Los Angeles bardzo wyczerpującym doświadczeniem. Jak wspomina Rivers Cuomo, częste występy sprawiły, że w pewnym momencie poczuł znużenie muzyką rockową, a status gwiazdy stracił swój początkowy smak i sława stała się źródłem utrapień. Ukojenie odnalazł w… operze. Zasłuchując się w „Aidzie” i „Madame Butterfly”, ukuł nawet koncept własnej rockowej opery w klimacie science fiction. Choć ostatecznie pomysł upadł, Cuomo zdążył napisać sporo materiału,  a nawet zarejestrował demo, które nigdy nie ujrzało światła dziennego, do dziś spędzając sen z powiek zagorzałym fanom grupy.

Kontynuacja w postaci „Pinkerton” z 1996 roku nie okazała się planowanym z początku eksperymentem, lecz tak czy inaczej była to płyta zupełnie inna niż debiut. Nad całością dominuje dość posępny nastrój, a tematyka utworów oscyluje wokół problemu samotności, poczucia bezsensu i  zmęczenia sławą. Przedstawiciele wytwórni, obawiając się finansowej porażki, narzekali na brak chwytliwych singli. Zmartwienia dodatkowo pogłębiało odrzucenie przez Cuomo propozycji Spike’a Lee odnośnie nakręcenia teledysku. Tym razem chciał, by – jak sam tłumaczył – "muzyka mówiła sama za siebie”.  Album zebrał przeciętne recenzje i sprzedał się kiepsko i dopiero dekadę później za sprawą retrospektywnych recenzji na portalach takich jak pitchfork.com dokonano rehabilitacji „Pinkerton” uznając płytę za „zaginiony klasyk”. Po zakończeniu trasy promującej album z grupy odszedł basista Matt Sharp, a pozostali członkowie zespołu postanowili czasowo zawiesić działalność.

Sukces debiutu Weezer wynikał w dużej mierze z songwritingu nastawionego na chwytliwe, wpadające w ucho melodie. Reaktywacyjny „Zielony album” wydany w 2001 roku po aż pięcioletniej przerwie można nazwać powrotem do źródeł. Krótką, niespełna półgodzinną płytę nagraną pod opieką Rica Ocaska pamiętamy przede wszystkim dzięki świetnie przyjętym singlom. Kawałek „Island In The Sun” do dziś uważany jest za największy komercyjny sukces grupy. Sporą sławą do dziś cieszy się też „Hash pipe”, choć kontrowersyjny tekst i tytułowa aluzja do narkotyku spotkały się początkowo z próbami cenzury.

Wydany rok później „Maladroit” można określić mianem eksperymentu. Do pracy nad płytą zaproszono bowiem fanów, regularnie udostępniając w internecie dema najnowszych utworów i zapraszając do wyrażania opinii na ich temat. Ostatecznie nie tylko muzyka, lecz także okładka albumu a nawet jego tytuł są owocami kreatywności internautów. Nie obyło się przy tym bez małego skandalu, gdyż ogólnodostępne dema wzbudziły zainteresowanie stacji radiowych, które zaczęły je na odtwarzać na długo przed oficjalną premierą.

„Make Believe” z 2005 roku, kolejna długogrająca płyta Weezer, powstała we współpracy z  legendarnym producentem Rickiem Rubinem. Ten wpłynął podobno nie tylko na brzmienie albumu. Tytuł oraz wiele tekstów miało bowiem powstać pod wpływem sesji medytacyjnych Rubina i Riversa Cuomo. Reakcje krytyki były podzielone. Dziennikarze „Rolling Stone” czy „Q” nagrodzili płytę solidnymi czterema z pięciu możliwych gwiazdek chwaląc za konsekwencję w brzmieniu. Sporą burzę wywołała zaś recenzja na portalu Pitchfork, który nie pozostawił na zespole suchej nitki określając „Make Believe” jako „po prostu okropną” płytę i przyznając jej jedną z najniższych w swojej historii ocen – 0.4 / 10. Członkowie Weezer raczej nieszczególnie przejęli się tą miażdżącą krytyką, szczególnie, że album sprzedał się naprawdę bardzo dobrze.

Wydaje się, że zespół ma już swoje najlepsze momenty za sobą, a siła jego oddziaływania na słuchaczy i kulturę popularną z pewnością nie jest już tak duża, jak w latach 90. Paradoksalnie jednak, to właśnie ostatnia dekada jest dla niego najbardziej płodnym jeśli chodzi o ilość wydanych płyt okresem. „Czerwony album” z 2008 roku warto pamiętać przede wszystkim za współpracę przy kilku utworach z brytyjskim producentem Jacknifem Lee, za sprawą którego klasyczne rockowe instrumentarium wzbogacono o brzmienie syntezatorów. Przy wydanym rok później „Radtitude” grupa postanowiła pójść w swoich eksperymentach o krok dalej i do współpracy nad jednym z kawałków zaprosiła samego Lil Wayne’a. Dla wielu fanów grupy kolaboracja ta wydawała się dosyć nietypowa, choć na pewno nie można odmówić Riversowi Cuomo i spółce otwartości na zmieniające się trendy. Innym jej przejawem jest fakt podzielenia się songwriterskimi obowiązkami z ludźmi spoza zespołu – wśród autorów muzyki na płycie odnajdujemy takie nazwiska jak Dr. Luke czy Jermaine Dupri.

„The YouTube Invasion” – takim hasłem ochrzczono akcję promocyjną „Hurley” z 2010 roku – ósmego longplaya w dorobku Weezer. Zespół postanowił dotrzeć do słuchaczy prosząc o wsparcie autorów znanych kanałów na Youtube. Wśród nich znaleźli się między innymi Ray William Johnson, Fred Figglehorn czy The Gregory Brothers. Sam tytuł albumu nawiązuje natomiast do postaci Hugo „Hurley” Reyesa znanej z popularnego wówczas serialu „Lost”, a na okładce pojawił się grający go Jorge Garcia.

Ostatnie cztery lata to dla grupy Weezer okres intensywnego koncertowania i wzmożonej pracy nad nową muzyką. „Everything Will Be Alright In The End” z 2014 roku to – jak mówi sam Rivers Cuomo – muzyka, przy której znów można poczuć się jak szesnastoletni dzieciak. Trudno się nie zgodzić, prostota i bezpretensjonalność albumu przywołują miłe skojarzenia z kultowym debiutem grupy. Wydany dwa lata temu „Biały album” powstał podobno z inspiracji przypadkowymi ludźmi spotkanymi przez Riversa Cuomo dzięki aplikacji Tinder, zaś zeszłoroczny „Pacific Daydream” jest melancholijnym hołdem dla brzmienia The Beach Boys i kalifornijskiej sceny lat 60.

Weezer to ważny kawałek w historii popkultury. Zespół na stałe zapisał się w panteonie muzyki gitarowej prezentując zupełnie świeże i oryginalne podejście do skostniałych rockowych dogmatów.   Wychowali całe pokolenie naśladowców i fanów na całym świecie. Czy jednak pozostało nam pisać o nich tylko w czasie przeszłym? Czy stać ich jeszcze na zrobienie w muzycznym światku zamieszania na miarę tego sprzed ponad dwudziestu lat, czy po prostu skupią się na wydawaniu lepszych i gorszych, ale nie rewolucyjnych płyt aż do emerytury? Czas pokaże, najbliższa okazja by to zweryfikować już wkrótce, za sprawą zaplanowanej na ten rok premiery „Czarnego albumu”.