MGMT – TSLAMP

Autor: Mikołaj Kierski

Brakuje obecnie takich zespołów jak MGMT. Autorzy wielkich hitów (KidsTime to PretendElectric Feel) z drugiej połowy pierwszej dekady obecnego wieku wbrew swoim menadżerom, wytwórniom, a pewnie i również zdecydowanej większości ówczesnych fanów konsekwentnie z płyty na płytę odchodzili od charakterystycznego dla nich radosnego elektronicznego indiepopu. Andrew VanWyngarden i Ben Goldwasser uznali jednak, że ważniejsze od rad łasych na pieniądze mądrych głów z przemysłu muzycznego są ich własne przekonania i postanowili całkowicie podążyć za tym, co im w duszach gra. Zaprowadziło ich to w rejony psychodelicznego rocka, zakurzonego popu i eksperymentalnych kompozycji (dwunastowominutowe Siberian Breaks na albumie Congratulations będącym bezpośrednim następcą Oracular Spectacular musiało przyprawić niejedną miłośniczkę festiwalowych hymnów pod postacią wymienionych wyżej utworów o konwulsje). Efekty były do przewidzenia – liczba odsłuchań ich trzeciego krążka (MGMT, 2013) stanowi mniej niż pięć procent korespondującej wartości dotyczącej ich debiutanckiej płyty. MGMT wyraźnie się jednak tym nie przejmują, a na ich najnowszym albumie Little Dark Age znów próźno szukać piosenek, które później na koncertach śpiewałby wraz z nimi od deski do deski kilkudziesięciotysięczny tłum. Zamiast tego otrzymujemy kompozycje pokroju TSLAMP, która w warstwie lirycznej ironicznie odnosi się do zagrożeń związanych z wszechobecnością internetu (sam tytuł to skrót od słów Time Spent Looking At My Phone), a muzycznie zabiera do krainy vintage'owego popu.