Courtney Barnett & Kurt Vile

Autor: Szymon Baczyński

Tym razem na 91.6FM Artystów Tygodnia mamy dwóch. To Courtney Barnett i Kurt Vile. Występują w tej roli trochę jako duet, a trochę z osobna. Przyglądamy się temu jak dogadują się w swojej najnowszej kolaboracji.

Z jednej strony rzeczywiście są jak yin i yang. Ona lewo-, on praworęczny. Na gitarze ona gra niedbale jak Keith Richards, on precyzyjnie jak Duane Allman. Ona pisze proste historyjki z życia codziennego, on zanurza się we własnych myślach podczas samotnych nocnych sesji. Brzmi jak dwie skrajności, ale już na tym początkowym etapie prezentowania naszych Artystów Tygodnia możemy o tym zapomnieć. Bowiem z drugiej strony Courtney i Kurt są jak zaprzyjaźnione ze sobą rodzeństwo. O jednakowym poczuciu humoru, artystycznej hippie-stylówce i wysokim poziomie introwertyzmu.

Umówmy się w jednej kwestii. Album naszego debiutującego duetu nawet nie zbliża się poziomem do solowych dokonań Courtney Barnett i Kurta Vile’a. Tylko, że przecież nie o to chodziło. Kolaboracje zazwyczaj obniżają presję, którą mogą odczuwać artyści. Chodzi raczej o dobrą zabawę pełną śmiechu. Wydany 13 października album Lotta Sea Lice to w zasadzie produkt tej przyjaźni i dobrze spędzonego czasu, a nie karkołomne opus magnum wymagające niekończących się powtórzeń i ulepszeń.

Wydając debiutancki longplay wiosną 2015 roku, Courtney Barnett zaskarbiła sobie serca słuchaczy niezależnie od ich gatunkowych upodobań. Proste historie, obserwacje codziennego życia w jej tekstach w połączeniu z prostymi gitarowymi riffami podszytymi bluesową melodyjnością dla osób zasłuchanych w skomplikowanej muzyce mogły stanowić, i stanowią nadal, zupełną odwilż. Nie myślcie jednak, że Courtney w warstwie tekstowej czy muzycznej niczym nie wyróżnia się na tle dowolnego garażowego bandu. W obu kwestiach pozostaje bowiem błyskotliwa, ale nigdy sztucznie intelektualna.

I stare at the lawn, it's Wednesday morning
It needs a cut but I leave it growing​
All different sizes and all shades of green
Slashing it down just seems kind of mean

                                               "Small Poppies"

Jakie to unikatowe w tym nadąsanym artystycznym świecie widząc obrazek mówić co się na nim znajduje w prostych słowach, nie dopowiadając do tego wielkich idei, interpretacji i udziwnień. Album Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit wdzierając się na szczyty płytowych rankingów w 2015 roku udowodnił światu, że coraz bardziej brakuje mu szczerości i prostoty.

Skojarzenie brzmienia muzyki Kurta Vile’a z latami 70, zwłaszcza z południem Stanów Zjednoczonych, jest jak najbardziej na miejscu. Jego zamiłowanie do swobodnych elektrycznych solówek czy przestrajania gitary w połączeniu z zabawnymi tekstami pisanymi z perspektywy społecznego wyrzutka i dźwięczną manierą wokalną wprowadzały jednak powiew świeżości na rynek za każdym razem gdy wydawał kolejne wydawnictwa, z b’lieve me i’m goin down… na czele. Nocne sesje Kurta związane z pisaniem i komponowaniem piosenek przynoszą wydłużone nieraz utwory pozwalające wpaść między te jakże dziwaczne przemyślenia Vile’a.

Czasami nie zdajemy sobie sprawy jak wiele artystycznych przyjaźni zawiązuje się na niedostępnych dla nas backstage’ach festiwali, które z wypiekami na twarzach zjeżdżamy co lato. W takich okolicznościach wykształciła się znajomość bohaterów. Trudno, aby mieli się nie polubić przy tak podobnych charakterach i poczuciu humoru. Jednakże muzycznie łączy ich jeszcze więcej. To tęsknota za wyimaginowanymi beztroskimi czasami oraz sentymentalne nawiązania brzmieniowe do gitarowych herosów, z lat 70 w przypadku Vile’a i z lat 90 w przypadku Barnett.

Warto zauważyć, że Courtney znana fanom z tarzania się po scenie i wykrzykiwania refrenów, przy Kurcie na stałe przełączyła się w swój dziewczęcy tryb. Dodatkowo, raczej z uwagą zerka w kierunku starszego, bardziej doświadczonego kolegi, a jej gra na gitarze jest bardziej zachowawcza niż zwykle. Wszystko to każe twierdzić, że to Kurt Vile zdominował ich najnowszy materiał.

Ich wspólna gra sprawia wrażenie jakby znali się od dziecka i byli w stanie nawzajem dopowiadać swoje zdania. Oni naprawdę wydają się być perfekcyjnie dopasowani, choć nie oznacza to, że ich nowy album jest doskonały. Szczytowym osiągnięciem wspomnianej symbiozy pozostał pierwszy singiel, czyli „Over Everything”. Po nim nieco zabrakło podobnego modułowego budowania utworów. Jakkolwiek, każdorazowe odtwarzanie wspólnych kawałków tak uroczego duetu jak Courtney Barnett i Kurt Vile po prostu wzbudza uśmiech na naszych twarzach niezależnie od tego jak proste są to piosenki.