Tom Petty

Autor: Michał Rypel

Tom Petty, Nowy Jork, 1977. (fot. Michael Putland/Getty Images)

Niedawno Stany Zjednoczone, ale i cały świat straciły wyjątkowego bohatera. W wieku 66 lat zmarł Tom Petty, jeden z  najmłodszych artystów zaliczanych do amerykańskich klasyków rocka. W swojej karierze tworzył u boku tych, którzy kształtowali go jeszcze jako podlotka, co samo w sobie świadczy o tym, jak wysoko zaszedł. Mimo to wiele mówi się o jego skromności i pewnym stopniu wiarygodności, jako osoby publicznej. Niejednokrotnie wywiady i telewizyjne występy potwierdzały jak ciepłym i inteligentnym gościem był Tom. W Radiu Luz chcemy wspomnieć jego sylwetkę i pokazać, nad czym pracował przez większość swojego życia. 

Wszystko zaczęło się w drugiej połowie lat 70. Były to czasy, gdy muzyka gitarowa przeżywała ogromną rewolucję, a może nawet kilka. Nie dość, że rock jako gatunek się skomplikował, to jeszcze zdawał się wyczerpywać. Sytuacja ta popchnęła wielu twórców do poszukiwań zmierzających ku innym stylom czy inspiracjom. Dodajmy do tego rosnącą popularność brzmień funkowych i soulowych. Wszystko to zdawał się początkowo całkowicie pomijać Tom Petty, który w 1976 roku wraz z The Heartbreakers wydał swój debiutacki krążek całkowicie pozbawiony znamion eksperymentalności. To materiał zakorzeniony w amerykańśkiej kulturze i spuściznie starych wyjadaczy, poczynając od Elvisa, przez The Rolling Stones, po Dylana. Taki ruch wymagał odwagi, która może nie do końca się opłaciła, ale przetarła szlak.

Z pewnością nie mówimy o przełomowym debiucie. Self titled Toma i kolegów nie grzeszył popularnością, ale każdy, komu w sercu grało południe USA oraz był wychowany na klasykach, po prostu przyjmował to takim, jaki był. Nieco lepiej wypadł wydany po dwóch latach przerwy You’re Gonna Get It , zbierający mieszane recenzje, ale udany komercyjnie. Nic dziwnego – grupa zasięgnęła ilku zmian stylistycznych, które ożywiły trochę uczniowskie przepisywanie znanych już rozwiązań, którym mógł chwalić się Petty. Numery nabrały jeszcze więcej wiatru w żagle, bawiły się dynamiką i były przy tym do bólu rozrywkowe. W roku 1979-tym, w przeddzień swoich 29-tych urodzin artysta wydał trzeci w karierze krążek pt. Damn the Torpedoes. Z marszu okazał się to niezły sukces, który wynikał z nauki na doświadczeniach po wydaniu You're Gonna Get It. Podobnie ciepło przyjęto także Hard Promises wydane 2 lata później. Jego nagrywanie miało być okazją, by Petty i Heartbreakers poznali ikonę – Johna Lennona. Artysta miał pojawić się w tym samym studiu, w którym grupa pracowała nad czwartym krążkiem. Zanim jednak do tego doszło, John Lennon został zamordowany 8 grudnia 1980-ego roku. Wstrząśnięty Petty chciał oddać hołd idolowi. Na pierwszej edycji winyla Hard Promises na jego prośbę tłoczono więc wymowny napis: WE LOVE YOU JL.

Między 1981 a 1987 Tom Petty nie wiedział już w którą stronę iść. Najpewniej znudzony swoim dotychczasowym stylem chciał dodać coś więcej od siebie. W tym czasie światło dzienne ujrzały aż trzy jego pełnowymiarowe krążki: Long after Dark, Southern Accents oraz Let Me Up. Pierwszy i ostatni z nich to wspólne dzieła Pettyego i i Mike'a Campbella z The Heartbreakers, warto jednak wyróżnić szczególnie ten drugi, gdzie znalazły się numery pisane wspólnie z Davidem Stewartem z Eurythmics, który dodatkowo wyprodukował cały materiał. Ich współpraca calkowitym szaleństwem, z którego zrodził się nietypowy, eksperymentalny wręcz krążek eksplorujący Heartland rocka w popowych okolicznościach. Nic dziwnego, że współpraca się nie powtórzyła. Panowie nie dogadywali się najlepiej przy pracy nad albumem. Mimo tego, jak zastanawiająca i nietypowa okazała się ich praca, jednym z najbardziej intrygujących momentów kariery Pettyego były cztery lata pozbawione regularnych sesji nagraniowych z Heartbreakers.

Zamiast swojego zespołu, amerykanin zajął się wóczas zgoła projektem Travelling Wilburys. W jego skład wchodzili także George Harrison, Bob Dylan, Jeff Lynne z Electric Light Orchestra i Roy Orbison. Ten ostatni niestety dożył nagrań tylko do pierwszego z dwóch albumów supergrupy. Grupa uformowała się w studiu Dylana w Malibu, jednak nie było tam Petty'ego. Jego udział w całej akcji był przypadkowy – Harrison spokojnie napomknął o możliwości współpracy przy okazji odbierania gitary zostawionej w domu młodszego kolegi. Wspólne, przyjacielskie nagrania obrodziły w całkowicie niezobowiązujące i lekkie utwory, takie jak “7 Deadly Sins” czy “Handle with Care”.

Po spokojnym, choć gorzkim przez śmierć Orbisona rozwiązaniu Travelling Wilburys każdy z członków grupy poszedł w swoją stronę. W roku 91-szym Petty, najwyraźniej zainspirowany niedawnymi doświadczeniami u boku Wilburys zaprezentował światu nagrany w większości wspólnie z Jeffem Lynnem krążek Into The Great White Open. Znalazło się na nim wiele odmiennych, bardziej stonowanych i melodyjnych numerów, w tym hit “Learning to Fly”, który przysporzył artyście ogromnej rozpoznawalności. W promocji wydawnictwa pomógł także tytułowy singiel, do którego powstał także fabularny klip z udziałem młodego wówczas, Johnny’ego Deppa. Po zauważalnym sukcesie albumu kariera Pettiego była z grubsza ustatkowana. Od 1992 roku grupa nagrała już zaledwie pięć albumów, co oznacza uspokojenie tego procesu względem lat poprzednich. Wśród nich znalazł się album z muzyką do filmu “She’s the one” w reżyserii Edwarda Burnsa. Ciekawe i ożywcze dla wizerunku zespołu były wypuszczone na przełomie tysiącleci Echo oraz The Last DJ. Ewoluowała przede wszystkim postprodukcja- gitary stały się twardsze, a Petty porzucił charakterystyczne dla poprzedniej dekady, rozmyte pejzaże na rzecz wyraźnego, ostrzejszego spojrzenia.

W ciągu swojego życia Tom Petty nie mógł narzekać na brak zajęć, tym bardziej na zastój w nagrywaniu. Nie wypuszczał krążka za krążkiem, ale trzeba przyznać, że zachowywał niezłą regularność. Znalazł m.in. czas, by nagrywać tzw. projekty solowe. Nagrane w ten sposób albumy były w rzeczywistości wynikiem współpracy z jego najbardziej znanym projektem, czyli Heartbreakers. Na pierwszym z nich, Full Moon Fever z 1989 roku znalazły się pomysły m.in Geoge’a Harrisona oraz Roya Orbisona. Nie można zapomnieć o wyjątkowym Wildflowers, nad którego tworzeniem czuwał sam Rick Rubin i o ostatnim z solowych krążków, Highway Companion, który ukazał się 11 lat temu. Było jednak coś jeszcze, co poniekąd wykraczało poza projekt Heartbreakers. 

Przed uformowaniem swojego najbardziej znanego zespołu, we wczesnych latach 70-tych Tom Petty grał jeszcze razem z formacją Mudcrutch. Była to pierwsza wersja tego, co później miało nazywać się The Heartbreakers. Początkowo istniała w latach 1970-1975, wydając wówczas tylko dwa single, po czym całkowicie zniknęła na całe 32 lata. Jej nieoczekiwany powrót miał miejsce 2007, choć nie było to najpewniej wielkim kłopotem dla Pettyego – część członków grupy grała z nim razem w The Heartbreakers. Ostatecznie na koncie formacji znalazły się dwa krążki, wydane w 2008 i ubiegłym roku.