Thee Oh Sees

Autor: Mikołaj Maciejewski

Niemal dokładnie 20 lat temu zaczęła się ich historia. Zmieniali składy, nazwy i gatunki muzyczne. Od początku zespołem kierował jednak John Dwyer. Dziś są chwilę po wydaniu 19. krążka "Orc" i chwilę przed 20. "Memory of a Cut Head Off". W sierpniu dali znakomity koncert na katowickim OFF Festivalu. Przed Wami nieokiełznani Thee Oh Sees!

No dobrze, to o co chodzi z tymi zmianami nazwy? W 1997 roku, kiedy John Dwyer (na zdjęciu po lewej) przeprowadził się z Rhode Island do Kalifornii był zafascynowany, jak dobrze radzi sobie miejscowa scena muzyczna z Deerhoof na czele. Intensywnie zaczął szlifować swoje umiejętności gry na gitarze, by chwilę później dołączyć do składów Coachwhips i Pink & Brown – najczęściej przeraźliwie głośnych i hałaśliwych. Po jakimś czasie zapragnął tworzyć, czy też raczej eksperymentować na własną rękę. Tak powstał, praktycznie samodzielny projekt OCS – akronim od Orinoko Crash Suite lub Orange County Sound. Raczej spokojny, chociaż w dużej mierze eksperymentalny – niby folkowy, ale pełen niepokoju. Pod takim szyldem ukazały się 4. płyty, kolejne dwie to już The Oh Sees, gdzie solowy projekt okazjonalnie rozszerzany o gości zaczął przeradzać się w pełnoprawny zespół. Thee Oh Sees jakie znaliśmy prawie do dziś to kolejna inkarnacja, która najdłużej zapisała się w pamięci słuchaczy (dlatego też ta nazwa sygnuje nasz cykl Artysty Tygodnia). Od 25. sierpnia, dnia wydania ich ostatniej płyty "Orc" znamy ich jako Oh Sees – tym razem z dwoma perkusistami w składzie, ale już 17. listopada wraz z pewmierą "Memory of a Cut Head Off" powrócą do pierwszego wcielenia nie tylko nazwą i po częsci składem, ale przede wszystkim brzmieniowo.

W muzyce Thee Oh Sees drzemie ogrom szaleństwa, dlatego największą ich siłą są bez dwóch zdań występy na żywo. John Dwyer jest postacią niezwykle ekspresyjną i charyzmatyczną. I choć w zeszłym tygodniu skończył 43. lata to na scenie, ze skróconymi do kolan jeansami szaleje niczym Iggy Pop z The Stooges 40 lat temu. Obojętna nie pozostaje na to także publiczność, która w dzikim tańcu pozostaje przez cały koncert. Wokaliście zdarza się prawie połykać mikrofon, by potem śpiewać do tych przeznaczonych do nagłośnienia perkusji. W międzyczasie skacze, wydziera się, pluje. Istne rock'n'rollowe wariactwo. Przy czym często uderza o puste struny, wydobywa dźwięki ocierające się o próg bólu i aż dziw, że na każdym koncercie ma tę samą przezroczystą, przypominającą legendarnego Gibsona SG gitarę.

Przez ostatnie 20. lat  John Dwyer i spółka wypracowali sobie nie tylko miano artystów bardzo płodnych muzycznie, ale także dość unikatowe brzmienie. Do swojego garażowego zestawu: bas, gitara, perkusja włączali także dość nietypowe instrumenty jak sitar, saksofon, flet, skrzypce i harmonijkę ustną. Wszystko okraszone mocnym przesterem. Nie brakowało również eksperymentów z elektroniką głównie pod postacią syntezatorów, ale John Dwyer niejednokronie w line-upach festiwali pojawiał się z autorskim DJ-setem, więc właściwie w przyszłości możemy się spodziewać wszystkiego. Na razie jednak musimy się zadowolić jego przesiąkniętą efektami typu flanger, chorus i klasyczny fuzz gitarą, ale i tu przepis jest pewnie znacznie bardziej skomplikowany. Różne inspiracje, w różnych latach wysuwały się na wierzch. Czasem więcej tu było psychodelicznego rocka i długich form, zawsze dużo punka i głośnych, buntowniczych brzmień. Ostatnimi laty Thee Oh Sees zaczęli skręcać w stronę kraut-rocka, ale właściwie każdy okres działaności, gdzieś w głębi podszyty jest klasycznym bluesem i jego melodiami oraz bezkompromisowym rock'n'rollem. Te wszystkie roszady i eksperymenty czynią ich jednym z najbardziej elektryzujących współczesnych zespołów rockowych i sprawiają, że stwierdzenie "Rock is Dead" jest jednak nieaktualne. 

Przeszywające i przerażające czasami dźwięki, wydobywające się z gitary Dwyer'a nie są jedynym elementem ich twórczości, którego, mówiąc krótko, można się bać. Grafiki na niemal wszystkich okładkach Thee Oh Sees nigdy nie były czymś, co z przyjemnością powiesiłoby się na ścianach salonu, by poprawić atmosferę. Niemal z każdej spoglądają na słuchacza jakieś dziwne, odrażające wręcz kreatury. Większości z nich autorem jest Elzo Durt, a przykładami? Wampirze zęby i gałki oczne skąpane w truskawkach na "Floating Coffin" czy stonoga zmierzająca do kanału usznego na "An Odd Entrances". Okładki wprawdzie nawiązują do tytułów płyt i jest w tym jakaś spójność, ale bardzo obrzydzająca. A może to wszystko, to pewna zabawa z słuchaczem? Jakieś bardzo luźne nawiązanie do horrorów, od których mimo przerażających scen,  trudno się oderwać?