Mount Kimbie

Autor: Łukasz Lorenc

Brytyjski duet, którego media chętnie nazywają protoplastami post-dubstepu wraca z nowym albumem. Pretendenci do płyty roku z tytułem Love What Survives… Mount Kimbie – Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.​

 

 

Kai Campos i Dominik Maker jako Mount Kimbie tworzyli pierwsze utwory już w 2008 roku, jednak swój oficjalny debiut zaliczyli 2 lata później z krążkiem Crooks & Lovers. Wytwórnią, która wyciągnęła do nich rękę była brytyjska Hotflush Recordings. Sięgając do kart historii mówiących o początkach zespołu Mount Kimbie, nie sposób nie wspomnieć o EPkach, które zdefiniowały charakter ich twórczości. Chodzi rzecz jasna o Maybes czy Sketch On Glass, które dla muzyki współczesnej, popularnej – stały się na światowym rynku z jednej strony przełomowe, a z drugiej nawiązywały do brytyjskiego eksperymentalizmu w stylu Jamesa Blake’a czy Jamiego XXa. Hit z 2010 roku pt. Carbonated zachwycał właśnie tym balansem, pomiędzy klubowym potencjałem, a hymnem popołudniowych afterów w jesienno-zimowym sezonie. Twórczość Mount Kimbie na przełomie lat ewoluowała, ale od startu starali się ukazać różne oblicza muzyki klubowej, w której się odnajdują –  od energicznych i tanecznych podkładów po minimalistyczne, elektro-ballady.  Jeśli chcielibyśmy szukać momentu najistotniejszego w karierze duetu Mount Kimbie, należy postawić wabank na rok 2013, gdy stacje radiowe na całym świecie zaczęły grać singiel „Made To Stray”. To symboliczny czas rozstania z Hotflush Recordings i pierwszy uścisk dłoni z legendarnym labalem Warp.

 

 

Najnowszy album Mount Kimbie pt. Love What Survives z pewnością wpisze się w jesienny nastrój jak szyty na miarę i nie da się ukryć, że pierwsze skojarzenie z ich muzyką jest właśnie takie: mgliste, deszczowe, rytmiczne, ale pomieszane z nostalgią. Słychać to przede wszystkim na ścieżkach, produkcje Camposa i Makera dojrzały, jak pewnie i sami twórcy. Muzyka nabrała koloru, względnego optymizmu, a eksperymenty wskoczyły o kolejny poziom wyżej. Zespół udowadnia, że wciąż pracuje nad charakterem swoich kompozycji, ich oryginalnością, ale i specyfiką, inspirując się rozwiązaniami brzmieniowymi Boards Of Canada czy Joy Division. Uznałbym nawet, że styl zespołu wciąż kwitnie, czerpiąc to, co najlepsze przez swoje korzenie i wydając coraz dorodniejsze owoce. W trakcie 10-letniej kariery zespołu Mount Kimbie, duet uraczył nas dużą ilością materiału, jednak najnowszy longplay Love What Survives to tak naprawdę trzeci, długogrający krążek w ich dyskografii.

Wydany oczywiście przez oficynę Warp jest faktycznym dowodem rozwoju ich muzycznej drogi. Sami artyści czas pracy nad płytą nazwali fascynującym procesem, który zmienił ich jako zespół. Nie ma się co dziwić, w końcu to ostateczny wynik trzy-letnich, intensywnych działań nad nowym brzmieniem. Co ciekawe tegoroczna,  wrześniowa premiera  powstawała między Londynem, gdzie mieszka Kai Campos i Los Angeles, gdzie Dominic Maker przeniósł się w 2016 roku. Duet podróżował tam i z powrotem, aby rozwijać pomyły podczas wielogodzinnych sesji. Dla Makera odkrywającego różnice kulturowe jego nowego otoczenia, stanowiło to nową perspektywę, a tym samym nowe inspiracje. 


Mount Kimbie mieli okazję zagrać w tym roku podczas Audioriver Festival, a polscy fani po raz pierwszy na żywo usłyszeli zawartość najnowszego Love What Survives na żywo. Kai i Dom pojawili się w Płocku z live bandem, gdzie o całkiem wczesnej porze wytworzyli magiczny nastrój, którym zahipnotyzowali publiczność, wplatając w ogólną narrację przearanżowane hity, znane każdemu, kto miał styczność z dyskografią Brytyjczyków. Status DJ-ów jest już dawno za nimi, to pełnoprawny zespół i w ten sposób powinniśmy ich muzykę regulować. Mimo iż w Polsce w tym roku pojawią się jeszcze dwukrotnie w przestrzeniach klubowych, przygotujcie się na emocjonalny live act. Mount Kimbie 11 listopada zagrają w warszawskim Niebie, a dzień później pojawią się w krakowskim Kwadracie. 

Mimo iż Mount Kimbie rewolucjonizują swój styl, sięgając po co raz odważniejsze patenty i wyróżniając w kompozycjach nowe warstwy – wciąż krążą wokół znanych już wpływów downtempo, fieldrecordingu i breakbeatu. New wave, który prezentują ma w sobie więcej elementów zaczerpniętych z shoegaze’u, a numerom zdecydowanie nie brakuje  post-rockowej energii, płynącej z brzmienia przesterowanych, żywych instrumentów. Mount Kimbie zachowali jednak to, co na przestrzeni lat było w ich muzyce najważniejsze, a najlepszym na to przykładem jest otwierający album Love What Survives utwór pt. Four Years and One Day

Mount Kimbie zapytani przez The Fader – jak radzą sobie z głosem w głowie, który chce zapewnienia, że to co robisz jest faktycznie dobre,  odpowiedzieli:

Nie ma sensu sobie tym zaprzątać głowy, to wynika z ambicji, ale taka weryfikacja jest użyteczną siła napędową na początku, a w rzeczywistości to rodzaj pustej muszli. Kai i Dom patrzą na swoje wcześniejsze dokonania z akceptacją, ale niedosytem.

Podkreślają, że album Love What Survives to ich faktyczne spełnienie pod względem muzycznym. Sprawdźcie sami, czy satysfakcjonuje także Was jako słuchaczy i czy to kierunek, za którym chcielibyście wraz z muzykami podążać.