Tyler, The Creator

Autor: Jakub Walczak

Tyler Okonma znany jako Tyler The Creator – młody awanturnik i współczesny człowiek renesansu. Do tej pory zdążył wpisać się w ramy muzyki rozrywkowej jako artysta nie znający granic poprawności, będąc tym samym ulubieńcem tłumów. Od pierwszej płyty dosadnie realizował swoją wizję odwracając się plecami do całego świata. Upór, konsekwencja i cała otoczka jaka niosła się za nim od czasów założenia składu Odd Future Wolf Gang Kill Them All, przyniosła mu rzesze oddanych fanów. Jednak Najnowszy album "Flower Boy/Scum Fuck" ukazuje się jako całkowity zwrot w karierze artysty.

Flower Boy/Scum Fuck to zdecydowanie najdojrzalszy  krążek w dorobku muzyka i zdecydowanie najodważniejszy biorąc pod uwagę jego dotychczasowe produkcje, jak i jego odbiorców. Wydawać by się mogło, że jego styl ewoluował wraz z wiekiem, jednak Tyler nigdy nie ukrywał swoich inspiracji największymi tuzami muzyki soulowej. Takie postacie jak Stevie Wonder czy Roy Ayers, z którym Tyler miał okazję współpracować, mogły być swoistymi wskazówkami ukazującymi prawdziwe ambicje Kreatora. Od pierwszych wywiadów, Tyler otwarcie mówił o swoich marzeniach dotyczących śpiewania, jednak zawsze zasłaniał się niskim głosem – na szczęście zdefiniował się na nowo, pozostawiając to co najbardziej charyzmatyczne w jego personie.

Przy Flower Boy/Scum Fuck, współpracowali tacy artyści jak chociażby Estelle, Kali Uchis czy Jaden Smith. Oczywiście, nie sposób nie wspomnieć o Franku Oceanie czy Lil Waynie. Warto też wspomnieć, że ten sam prześmiewczy Tyler, który nawoływał młodych do buntu i anarchii na początku swojej przygody z muzyką, doszedł do momentu przewartościowania dotychczasowych przekonań i zmiany podejścia – pokazał swoje nowe oblicze, które ukazuje nam samotnego, uczuciowego lecz nadal pełnego energii człowieka. Tyler pozostawił w kącie każde alter ego jakie do tej pory przybierał, by w końcu rozwinąć się jak tytułowy kwiat i pokazać światu co naprawdę w nim siedzi. Dzięki zupełnie nowej odsłonie, pozytywne przyjęcie nowego albumu przez fanów wydawać by się mogło wątpliwe. Jednak i tym razem dzięki rozbudowanym aranżacjom, emocjonalnym tekstom i ciągłym byciu szczerym w swojej twórczości, młody producent zaczarował słuchaczy najciekawszą jak dotąd kreacją.

Mimo wielu trudnych tematów, Tyler zachował swoją pogodę ducha, ubarwiając brzmienie płyty piosenkowym charakterem. Oczywiście nie można pominąć hiphopowego podłoża Creatora – nadal jest to odczuwalne w niektórych utworach, jednak przy tej płycie Tyler zdołał zsyntetyzować wszystkie składniki na które składają się najlepsze produkcje współczesnego soulu i rnb. Ta podstawa dała nam album na którym Tyler, pokazuje swoje wnętrzne nie siląc się na sztuczną poetyckość. Mamy Tylera rapującego, śpiewającego – swoim, lub zmienionym głosem – mamy nadal te elementy które składały się na jego wyjątkowość, w stylu produkcji czy w stylu rapowania. Nie mniej jednak przy nowym wydawnictwie Tyler zyskał dodatkowe atuty które dały kolejny album, opierający się w stu procentach na na jego autorskiej koncepcji.

Wysmakowane elementy, zaczynając od inspiracji przebojowym NERDem czy raczej The Neptunes, przez neo soulowe odniesienia, złożyły się w całość dając produkcje zaplanowane pod każdym względem. Oddają one dokładnie charakter dojrzałego artysty jakim stał się Tyler. Nie brakuje oczywiście mocnych momentów, w których Tyler pokazuje, że nadal potrafi nagrać rapowy banger z mocną stopą i zaraźliwą melodią syntezatorów, jak chociażby “Who Dat Boy” z ASAP Rockym. Warto dodać, że planowo bit do tego utworu został stworzony w intencji oddania go nie komu innemu jak Schoolboyowi Q – co tylko dodatkowo może podkreślać jego bangerową atmosfere. W pewnym sensie nadal więc można wyczuć pewną dwutorowość w ekspresji artysty. Jednak tym razem wydaje się ona być wyważona w odpowiedni sposób, tym samym dając produkt bardziej przyjazny odbiorcy który spotkał się po raz pierwszy z muzyką Okonmy. Brzmienie wydaje się pełne i spójne pod względem produkcji, można określić je nawet jako orkiestrowe. Nie oznacza to jednak pompatyczności, co tym bardziej wydawało by się dziwnie biorąc po uwagę atmosferę jaką zawsze tworzy swoja osobą Tyler.

Wzniosłe uczucia wymagają odpowiedniego wyrazu, a w przypadku Flower Boy/Scum Fuck dostajemy pełną paletę barw, gdzie burzliwość i dynamizm, przeplatają się z subtelnością i melancholią. To idealny przykład, jak wyważyć środki i stworzyć płytę naprawdę ciekawą i przejmującą. Takie produkcje jak „I Aint got no time” mogą idealnie funkcjonować przy “911/Mr Lonely” czy “See You Again” – wyłącznie ze względu na dobór odcieni uczuć jakimi zręcznie operuje Tyler na płycie.

Tyler zrezygnował z postaci Goblina czy Wolfa, jako pretekstu do wytłumaczenia swoich przemyśleń i emocji – tym samym, nie można uznać nowego albumu jako próby zmiany własnego wizerunku. To nadal ten sam Tyler The Creator, który nie stara się nikomu nic udowadniać, wciąż jednak pragnie  wydobyć to co esencjonalne w jego wnętrzu i twórczości. Pozostaje człowiekiem, który zna dobre i złe strony bycia samotnym czy zakochanym – może dlatego też Flower Boy/Scum Fuck to krążek który może stać się bliski każdemu słuchaczowi który ceni muzykę jako rozrywkę, oraz jako element odzwierciedlenia własnych radości czy lęków.