James Blake

Autor: Szymon Baczyński

Koncert na Open’erze będzie już piątym występem Jamesa Blake’a w Polsce, a na dużych scenach Anglik czuje się jak ryba w wodzie manipulując emocjami słuchaczy przy pomocy masywnego soundsystemu. Muzyczni wrażliwcy mogą zacierać ręce.
James Blake Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

James Blake to pochodzący z Londynu zdolny producent i obdarzony nieziemskim głosem wokalista, który zdecydowanie należy do grupy tych wpływowych artystów o unikatowym stylu, do których przyrównuje się twórczość innych. Ofiarą takiego porównania regularnie pada np. Nicolas Jaar. W tym wszystkim Blake nie wymyślił przecież dubstepu czy minimalu. Jego moc polega na łączeniu odkrywczych basowych podkładów z organicznymi samplami, trzaskami i w końcu wrażliwym falsetem przetwarzanym często na wszystkie możliwe sposoby.

W 2017 roku jakby zapomnieliśmy o fenomenalnych początkach Jamesa Blake’a. Dziś widzimy w nim dojrzałego artystę, ale nic dziwnego, że 6-7 lat temu szokował stosunkiem umiejętności do wieku udowadniając jakie pokłady kreatywności mogą skrywać się w młodym, poszukującym umyśle. Wyszkolony na klasycznego pianistę Blake wykształcenie muzyczne nazwał synonimem nie-kreatywności i może dlatego uciekł w dubstepowe eksperymenty tuż po ukończeniu szkoły. Wydawać zaczął w wieku 21 lat i trzeba przyznać, że był łakomym kąskiem dla brytyjskich wytwórni płytowych. Trudno uwierzyć, że po pierwszych artystycznych wzlotach James wciąż rozsyłał wybranym labelom swoje single i jakoś dogadywali to, co działo się z nimi później. Następnie, odkąd zasięg jego twórczości zbliżył się rozmiarem do głównonurtowego, musiał liczyć się z napotykaniem idiotów, którzy chcieliby zrobić z niego gwiazdę według swoich żądnych pieniędzy wizji. Tu przekręcimy refren, tu dodamy coś od siebie. Blake słusznie twierdzi, że najgorsze albumy to te, w których czujesz, że osoba trzecia za bardzo grzebała w materiale oddalając efekt finalny od kreacji autora.

Jednym z atutów słynnych EPek z wczesnej dyskografii Jamesa Blake’a, czyli m.in. CMYK i Klavierwerke, jest to, że zaprzeczają wizerunkowi dubstepu kreowanego przez mainstream i internet. To jednak nie wszystko. Na przykład, na Klavierwerke, co swoją drogą oznacza „klawisze pracują”, Blake dosłownie wyciska z pianina tak dużo, jak to tylko możliwe, nie chodzi jednak o grę szybką czy skomplikowaną, a wprost przeciwnie. James szukał piękna w pojedynczych dźwiękach, którym pozwalał wybrzmiewać irracjonalnie długo. Uzasadnienia dla tego minimalizmu należy szukać w ówczesnym brzmieniu berlińskiego klubu Berghain, promującego minimalistyczne, elektroniczne eksperymenty. Świeże wspomnienia ze stolicy Niemiec Blake nazwał impulsem kreatywności, na które jest bardzo podatny. To z kolei tłumaczy niemiecki tytuł tego enigmatycznego albumu z 2010 roku. Kolejna płyta pod tytułem James Blake, jak przystało na self-titled, do dziś stanowi deklarację wypracowanego indywidualnego stylu artysty. Od pierwszych twórczych prób, Blake przeszedł szybką transformacja od elektronicznego producenta do singer-songwritera i pianisty. Odkrywając wartość własnego głosu, James zdawał sobie sprawę, że nie może tak po prostu dodać wokalu do bitów, które dotychczas tworzył. A pisanie utworów i śpiewanie tylko pobudziło jego kreatywność. Trudno odmówić, że ścieżki wokalne Jamesa są niepowtarzalnym materiałem do eksperymentów.

 „In dance music everything seems to move in weeks” – tak artysta wyjaśnia dlaczego każde kolejne wydawnictwo opiera o coraz to świeższe patenty. Zasadniczo zmieniło go koncertowanie i podróże towarzyszące promocji pierwszego longplay’a. W międzyczasie Blake stał się jednym z artystów, którzy z powodzeniem wychodzą z domowego studia ze swoim niszowym, introwertycznym stylem i wdzierają się do głównego nurtu zapoznając masy z muzyką z definicji alternatywną. Rok 2013 był zatem doskonałym momentem na wypuszczenie tak chwytliwego materiału jak płyta Overgrown.

Przetwarzanie wokalu to rzecz, która nie przestaje przeszkadzać wielu słuchaczom, mimo, że przeszła bardzo długą drogę od czasów, gdy DJe po raz pierwszy próbkowali śpiew Jamesa Browna, a raperzy sięgnęli po wynalazek zwany talkboxem. Współcześnie nie tylko autotune zaczyna być stosowany bardziej świadomie przez takich zawodników jak Travis Scott. Wielu producentów elektronicznych również eksperymentuje z podobnymi efektami. Przełom stanowił tu krążek Untrue Buriala, który obok Mount Kimbie najbardziej uświadomił młodemu Jamesowi Blake’owi jak silny ładunek emocjonalny tkwi w ludzkim głosie, gdy potraktuje się go jak typowy instrument. I nie tylko u Blake’a stanowi to istotne narzędzie. W podobnych celach wokalem bawią się Bon Iver, Frank Ocean i wielu innych. Czy możemy wnioskować, że przetwarzanie wokalu stało się środkiem wyrazu charakterystycznym dla obecnej dekady?

Zeszłoroczna, ostatnia płyta Jamesa Blake’a to kolejne, tym razem bardzo długie, sprawozdanie z jego nowych muzycznych poszukiwań. 76-minutowe The Colour In Anything zaskoczyło fanów ilością akustycznych momentów, świadczących o tym, że Blake najlepiej czuje się zasiadając przy pianinie, zaś momenty elektroniczne przypominają, że pójście na łatwiznę nie byłoby w stylu 27-letniego Brytyjczyka. Oddanie minimalizmowi nie przeszkodziło mu bowiem w stworzeniu utworów intensywnych i skomplikowanych. Jednak pomimo wciąż smutnych, spirytualnych treści James Blake wyrósł na wyluzowanego i pewnego siebie artystę. Ciekawe, że jeszcze kilka lat temu zapierał się przed jakąkolwiek współpracą, a dziś ma na koncie Kendricka Lamara, Franka Oceana, Kanye Westa czy Beyonce. Co instotne, w maju tego roku Blake po raz pierwszy wystąpił solo przy akompaniamencie pianina na kameralnym festiwalu FORM Arcosanti w Arizonie. Czym jeszcze nas zaskoczy? Jego najbliższe wydawnictwa, a także nadchodzący koncert na Open’erze powinny nam na to odpowiedzieć.