Zbigniew Wodecki

Autor: Łukasz Lorenc

Trudno wyobrazić sobie gorszy początek tygodnia dla fana ambitnego rodzimego popu. W poniedziałek 22 maja gruchnęła wiadomość o śmierci jednego z najbardziej pomysłowych polskich muzyków: Zbigniewa Wodeckiego.

Była to postać nietuzinkowa: przez wiele lat zapomniany, traktowany trochę pobłażliwie, w ostatnich kilku latach życia dokonał chyba najbardziej spektakularnego powrotu w historii polskiej estrady. Rehabilitacja, jakiej poddano jego twórczość, jest zaś doskonałym przykładem potwierdzającym tezę mówiącą o tym, że dobra muzyka obroni się sama. Wystarczy tylko zaufać otwartej głowie słuchaczy i, tak jak Wodecki, nie obawiać się drugiej młodości, która kiedyś zapuka do drzwi.

Chociaż Zbigniew Wodecki w latach 70. nie był na polskiej estradzie postacią zupełnie anonimową, jego inspirowanym brazylijską bossa novą i amerykańskim easy listeningiem debiutanckim albumem nikt wówczas szerzej się nie zainteresował. Krążek został zapomniany na blisko cztery dekady, zanim dzięki kreatywnej sile grupy Mitch & Mitch udało się wreszcie zaprezentować go publiczności w należytej odsłonie w 2013 roku.Wcześniej nikt nie patrzył przychylnym okiem na Zbigniewa Wodeckiego, który skomponował większość utworów na albumie i do tego własnoręcznie nagrał solowe partie skrzypiec i trąbek, ale dzięki poziomowi artystycznemu album broni się sam. Cały krążek to oryginalne połączenie songwritingu mającego swoje korzenie w American Songbook i rytmów kojarzący się z brazylijską bossa novą. Urodziwie kompozycje wyróżnia lekkość, nienachalna przebojowość i finezja, ukazująca się raz w ciekawej strukturze piosenki, a raz w fantastycznych harmoniach wokalnych. Trzeba także podkreślić bogate opracowania utworów na orkiestrę pod dyrekcją Wojciecha Trzcińskiego, które do teraz brzmią świeżo i pracę wokalną Alibabek. Na następną płytę trzeba było czekać aż do roku 1987.

Nie chciałbym się chwalić, ale akurat kompozytorzy to byli melodycy, którzy świetnie harmonizowali. Jest tam parę moich kompozycji, które sam sobie wykombinowałem i sam zaaranżowałem. To były czasy, kiedy u nas furorę zaczął robić Burt Bacharach, też niesamowity artysta, i mnie to fascynowało. Wtedy w naszym kraju były czerwone, niebieskie, czarno-białe, różne gitary. Myśmy się wzorowali na Beatlesach. Wziąć gitarę i zagrać — nie ma nic prostszego (…) To były takie czasy, kiedy się wchodziło do studia, zapalało się czerwone światło i trzeba było od razu dobrze zagrać. Nie było żadnego prostowania, czyszczenia komputerowego. To co teraz się dzieje — technologia z jednej strony jest rewelacyjna, bardzo pomaga, a z drugiej — zabija coś, co jest autentyczne w muzyce.)

Lata 90. to, podobnie jak w przypadku wielu krajowych muzyków, dziwny okres w karierze wielkiego Zbiga. Podobnie jak dekadę wcześniej Bob Dylan, Wodecki zagubił się w gąszczu nowych trendów i otwarciu polskiej fonografii na zachodnie wzorce. Oczywiście w dalszym ciągu przyciągał tłumy (zarówno w Opolu, jak również na Biesiadzie włoskiej w Zamościu), ale wydaje się, że artystycznie stanął w miejscu. Po nagraniu Dusz kobiet w ciągu piętnastoletniego okresu wydał jedynie dwie płyty, Wodecki ‘95 i Obok siebie. Płyty pozornie bardzo różne, w gruncie rzeczy podobne do siebie jak dwie krople wody. Elementem łączącym jest oczywiście talent kompozycyjny ich wykonawcy, który wiedziony swoją miłością do śpiewu tym razem trochę się na niej przejechał. Miało być delikatnie, inteligentnie i z humorkiem, wyszło jednak ciężko i chałturniczo. Kompozytorski pazur Zbiga w latach 90. mocno stępiał. Mniej funku, bossy i żywych instrumentów, więcej nudnych ballad do kotleta jedzonego przez zmęczonych nowym ustrojem mieszczuchów. Zwłaszcza płyta z 1995 r. pełna jest kuriozów w rodzaju sopocko-knajpianych protest-songów, momentami znaleźć na niej można nawet ciężki rock (!). Wydany w 2002 r. album Obok siebie to natomiast próba zawalczenia o młodszego odbiorcę. Próba jednak boleśnie chybiona – stara szkoła kompozytorska spotyka się tu z metodami producenckimi podsłuchanymi u ultrapopularnych wtedy Piaska i Gabriela Fleszara. Efekty są w najlepszym przypadku rozczulające, w najgorszym zaś groteskowe. Wydawało się wtedy, że Wodecki już na zawsze zostanie zapamiętany jako facet, który nagrał Pszczółkę Maję. Wszystko jednak miało się zmienić już wkrótce.


Zbigniew Wodecki poznał się z Mitch & Mitch podczas jednego z trójkowych koncertów, na którym gościnnie zaśpiewał piosenkę pt. "Posłuchaj mnie spokojnie". Potem pojawił się epizod na Off-Festivalu, który okazał się zapalnikiem do pomysłu na wspólny… album. Muzycy zadbali o wrażenia słuchowe i wizualne przygotowując zestaw CD + DVD. Moretti i spółka wpadli na pomysł by wziąć pod lupę debiut Wodeckiego, z 76' roku. Mamy więc do czynienia z orkiestrowymi aranżacjami zakurzonych piosenek, w których w wirtuozerskim stylu zarówno wokalnie jak i instrumentalnie udziela się główny bohater – Zbigniew Wodecki. Okazuje się, że krążek popowy, który ma za sobą sukces komercyjny może okazać się również pełnowartościowym – sukcesem artystycznym, a to wszystko dzięki zupełnie nowej kreacji dla "A Space Odyssey". W miarę możliwości sprawdźcie też wersję DVD, bo nie brakuje na niej smaczków w postaci krótkich, często humorystycznych monologów naszego Artysty Tygodnia.
 

To była bardzo ciekawa dla mnie i dla wszystkich chyba niespodzianka, że płyta sprzed czterdziestu lat spotkała się z takim przyjęciem, z jakim to nie spotkała się w ogóle, ponieważ nie była wylansowana czterdzieści lat temu. To była jedna z niewielu premier po czterdziestu latach, taka publiczna. I to się sprawdziło. To nie sprawiło wcale, że mi skrzydła urosły. Wręcz przeciwnie, ja już trochę inaczej, inne rzeczy [śpiewam], ale okazało się, że te pomysły które ja miałem wtedy stricte muzyczne, nie po to żeby był hicior, ale żeby trochę muzyki sprzedać w tym, co się robi na scenie. Muzyki. A nie żeby się ludzie cieszyli, bo to nie o to chodzi.

W 2015 roku Alkopoligamia zaangażowała Zbigniewa Wodeckiego do projektu Albo Inaczej. Projektu ryzykownego, ale genialnego w swojej prostocie, bo zestawiającego legendy polskiej piosenki z kultowymi już tekstami rodzimych raperów na kanwie bigbandowego jazzu. Sam Wodecki na płycie brawurowo zreinterpretował „Jest jedna rzecz” Pei, robiąc wykonaniem furorę wśród publiczności, która jeszcze nie tak dawno Wodeckiego kojarzyła głównie z tematem do polskiej wersji animacji "Pszczółka Maja". Koniec końców niedowiarków i prześmiewców spacyfikowała sama muzyka. Bez wątpienia sukces albumu nagranego z Mitch&Mitch, prezentującego w nowej odsłonie debiut Zbigniewa Wodeckiego, jak i projekt Albo Inaczej koordynowany przez wytwórnię Alkopoligamia sprawiły, że młode pokolenie polskich słuchaczy ma i zawsze będzie miało potężny szacunek dla twórczości niedawno zmarłego artysty. Rzecz jasna nie tylko dla twórczości, ponieważ respekt wzbudza przede wszystkim osobowość Wodeckiego – sposób artykulacji myśli podczas wywiadów, światopogląd – bliski przekonaniom pokolenia Y, poczucie humoru, wysoka kultura osobista. Zbigniew Wodecki zawsze czuł i rozumiał młodszych od siebie, a ci obdarowywali go sympatią, biorąc udział w koncertach czy kupując albumy.

 

Autorzy: Krzysztof Ciach, Sebastian Rogalski, Konrad Zalewski, Łukasz Lorenc

czytają na 91.6 FM: Marcin Tomaszewski, Józef Poznar, Sebastian Rogalski