The Black Angels

Autor: Mikołaj Maciejewski

Czas na odświeżenie muzyki psychodelicznej, tym razem w rockowym wydaniu. Jest taki zespół, który nie oglądając się specjalnie za siebie, jednocześnie czujnie obserwując rzeczywistość wokół, spełnia tę misję. 21. kwietnia ukazał się ich kolejny album „Death Song”. Przed Wami The Black Angels. Istotnie mroczni, ale i momentami ckliwi.

 

Wydaje się, że w ostatnio w muzyce psychodelicznej dominuje elektronika. Zresztą nie da się ukryć, że radzi sobie kapitalnie. Mówi się o schyłku i stagnacji rocka. Jednak czy w kontekście takich transowych brzmień te dwa gatunki naprawdę są tak daleko?

Historia The Black Angels wcale nie zaczyna się tak, jak w przypadku większości rockowych bandów ze Stanów. Alex Maas i Christian Bland wprawdzie dorastali w tym samym mieście, ale to tyle jeśli chodzi o te wszystkie klasyczne historie. Perkusistkę, blondwłosą Stephanie Bailey, znaleźli wywieszając ogłoszenia na szkolnych korytarzach. Już sam wybór nazwy zaczerpnięty od „The Black Angels Death Song” The Velvet Underground sugerował, że celują raczej w co innego niż większość zespołów rockowych przełomu wieku. Garażowe trio ich nie interesowało; szybko stali się kwintetem, choć paradoksalnie ich muzyka wcale nie była złożona.

Pierwsze dwie płyty to mnogość eksperymentów. Za wszelką cenę chcieli zaszczepić w nich energię grania na żywo. Czy to się udało? I tak, i nie. Dominowały długie, mroczne formy – na debiucie „Passover” najdłuższy utwór ma prawie 20 minut, a cała „Direction Too See A Ghost” trwa nieco ponad godzinę. Obie bezbłędnie wprowadzają w stan hipnozy, ale zbyt szybko i gwałtownie z niego wybudzają, czego efektem jest… zmęczenie. Jednak nie wielkiej bez przesady na żywo mogą brzmieć obłędnie, więc…

Kolejne albumy to konsekwentny progres. „Phosphene Dream” z 2010 roku jest pierwszym albumem, który Amerykanie nagrali z producentem z zewnątrz. David Sardy, w przeszłości produkujący m.in. pierwszy album Wolfmother, czy „Don’t Believe The Truth” Oasis poradził sobie z nieposkromionym dotąd potencjałem zespołu. To również pierwszy album, w którym Black Angels chcieli poeksperymentować z tempem, coraz częściej urozmaicając ciężkie i monotonna utwory o bardziej lekkie i wręcz skoczne wstawki. W efekcie stylistyka zawieszona jest gdzieś między psychodlicznym rock’n’rollem od 13th Floor Elevators, a mrocznym bluesem spod znaku The Doors. Mimo wszystko z bardzo wyraźnym podkreśleniem niezależności piątki z Austin.

Może się wydawać, że „Indigo Meadow” był zwrotem w kierunku tej bardziej popularnej muzyki rockowej. Zresztą już znacznie wcześniej znany z ciętego języka i bezkompromisowości perkusista The Black Keys (tym razem) delikatnie zasugerował otwarcie się na świat. Jak mało kto, wiedział co mówi, bo mniej więcej tak samo postąpił kilka lat wcześniej ze swoim zespołem. To właśnie na płycie „Indigo Meadow” okazuje się, że słyszymy momentami Tame Impala czy Black Mountain, jednak wydaje się, że trochę się nabieramy. Alex Maas zachęca, żeby zamknąć oczy i… usłyszeć wielobarwne kolory, które przez absolutny kocioł gatunkowy na tym albumie chce nam pokazać. I kiedy już wydaje nam się, że zrozumieliśmy. Widzimy kolory to wtedy na sam koniec on wyśpiewuje „now black isn’t black anymore”…

Chromestezja to taka zdolność, która w mózgu przypisuje odpowiednim dźwiękom konkretne kolory. Posiadają ją wybitni muzycy… Ale Alex Maas i spółka zachęcają do tego wszystkich. Kolejnym elementem układanki w muzyce psychodelicznej jest właśnie strona wizualna, do której The Black Angels przywiązują szczególną uwagę. Od teledysków z dziwnymi, starymi filmami, iluzji optycznych na okładkach albumów na wizualizacjach na koncertach kończąc.

Oprócz oczywistego porównania z 13th Floor Elevators zawsze gdzieś z tyłu głowy słuchając Alexa Maasa można usłyszeć Jima Morisona. The Black Angels nawet zdarzyło się nagrać cover „Soul Kitchen” na składance o wymownym tytule „A Psych Tribute To The Doors”.

21. kwietnia, po 4. lata artystycznego niebtu ukazał nowy materiał "Death Song". Teraz już utwór The Velvet Underground "The Black Angels Death Song" nie jest unikatem pod względem tytułu! Album pokazuje delikatniejsze, lecz równie niepokojące, wciąż mroczne (i co jakiś czas uzupełniane mocnymi uderzeniami) oblicze. Nigdy dotąd brzmienie i wokal nie były tak rozmyte, ale jest w tym wszystkim pewna konsekwencja, choć już może dostrzegana nie z przesadnym entuzjazmem.

Lider zespołu, Alex Maas wydaje się być obserwatorem świata, który bardzo często go zasmuca. Tematem, który pojawia się niemal na każdej płycie jest wojna. „Young Man Dead”, „First Wietnamesee War”, „The Sniper”, „Call To Arms” to niektóre utwory w tym klimacie. Gdzieś pojawia się tutaj nawet ruch hipisowski z pro-społecznym i anty-wojennym głosem; Alex jakby utożsamia się bezpośrednio z hymnem "People Have The Power" Patti Smith. Można dojść więc do wniosku, że ciężar muzyczny utworów The Black Angels bynajmniej nie jest przerostem formy nad treścią. To jeden z tych niewielu rockowych zespołów, który nie musi szokować, raczej nie przyciąga popularnością czy ekscentrycznością, nie odciąga naszej uwagi wybujałymi kompozycjami. W takim raziem czym jeszcze przyciąga? Niezwykle oryginalnym brzmieniem. Tajną bronią wg. Christiana Blanda jest melotron, którego brzmienie sprytnie przemycane jest niemal do każdego utworu oraz gitarowe efekty fuzz, wah-wah, reverb, echo i overdrive. Ale co rusz pojawiają się sitar, jug (który jeszcze bardziej przybliża ich do 13th Floor Elevators) skrzypce i inne raczej nie kojarzone z rockiem instrumenty. W tym kontekście muzyka The Black Angels nie bez powodu może kojarzyć się z Indianami. Chodzi tu o emocje, które w obu przypadkach były, są na pierwszym miejscu. Często nawet nie liczy się melodia a raczej przekaz; próba uchwycenia pewnego stanu, który wzbudza trans. I to zarówno u słuchacza, jak i artysty. Muzyka współkomponuje się z tekstem w postaci jasnej deklaracji i komunikatu. 

Ostatnia sprawa. Pochodzenie. Jest w tym pewna przewrotność. Teksas uważany jest jeden z bardziej konserwatywnych rejonów w USA. Jak mówi Alex Maas (czy może raczej zasady dynamiki Newtona), konserwatywny mainstream rodzi bardzo liberalny underground. Każda akcja ma swoją reakcję. Dodatkowo również z Austin pochodzi legenda rocka psychodelicznego i jednocześnie idole The Black Angels – 13th Floor Elevators. I tu też ciekawa historia bowiem wszyscy członkowie zespołu zagrali trasę z powracającym „do żywych” liderem wspomnianej grupy – Rokym Emersonem. „It was amazingly, incredibly, awesome, a great offer” stwierdził Alex Maas. Problem w tym, że koncerty obejmowały całą twórczość artysty, więc dominowały utwory solowe. Na szczęście, nie tylko.

Austin nazywane jest „Live Music Capital of The World”, czyli stolicą muzyki granej na żywo. W końcu również stamtąd pochodzi chyba najsłyniejszy program muzyczny "Austin City Limits", w którym grali i Leonard Cohen i Ray Charles, ale też Mos Def i Kendrick Lamar. Pewnie z tego założenia wyszli Alex Maas, Christian Bland oraz Rob Fitzpatrick, Oswald James chcąc stworzyć społeczność, która nie tylko zrzeszy zespoły uwielbiające koncerty, ale także ludzi, którzy uwielbiają muzykę psychodeliczną. Tak powstało The Reverbnation Appreciation Society – organizacja, a chwilę później wytwórnia zrzeszająca młode zespoły nazwijmy to „z aspiracjami”. Jednym z elementów jej działalności jest "Austin Psych Fest" (od 2015 roku "Levitation") – dziecko The Black Angels. Pierwsza jego edycja odbyła się w 2009 roku i była bardzo lokalna. Nie minęło jednak kilka lat i na festiwalu grały największe gwiazdy nie tylko rockowej muzyki, jak Flying Lotus, Brian Wilson, Animal Collective czy Warpaint, ale najważniejsi wciąż byli Ci pisani mniejszą czcionką. 

A zatem pytanie czym jest muzyka psychodeliczna pozostanie najwyraźniej otwarte, ale czy właśnie to nie jest najlepsze?