LCD Soundsystem

Autor: Szymon Baczyński

Witajcie w głowie Jamesa Murphy’ego. Jego świecie pełnym nieoczywistości, sarkazmu, headlinerskich setów i uzależniających disco-punkowych dźwięków.
LCD Soundsystem Artystą Tygodnia w Radiu LUZ.

Wszystko zaczęło się w 2001 roku, kiedy z inicjatywy już 31-letniego Jamesa Murphy’ego powstała niezależna wytwórnia DFA Records. Historia jej nazwy zdradza jednak, że czasy pierwszych zetknięć z poważnym tworzeniem muzyki przypadły o wiele wcześniej, gdy w 1993 roku, Murphy jako DJ, ukrywał się pod przydomkiem Death from Above. Niedługo po rozpoczęciu działalności oficyny, Nowojorczyk wystartował z debiutanckimi singlami, w tym z otwierającym katalog DFA i dyskografię LCD Soundsystem „Losing My Edge”. Muzyka wychodząca spod ręki samodzielnego lidera od początku sprawiała wrażenie granej przez liczny liveband. Właściwie do dziś trudno zdecydować czy mówić o LCD jako tworze osamotnionego Murphy’ego czy większym zespole, aczkolwiek na uwagę w pierwszej kolejności zasługują również perkusista Pat Mahoney oraz odpowiadająca za klawisze Nancy Whang, towarzyszący Jamesowi głównie na scenie.

Debiutancki longplay z 2005 roku utrzymany w słodko gorzkim tonie na każdym kroku kpi ze standardów panujących w XXI w. na scenie muzycznej i wokół niej. Album zatytuowany LCD Soundsystem jest błyskotliwym spojrzeniem na ogół przemądrzałych krytyków i osób oczekujących od „szanującego się słuchacza” znajomości każdego „dobrego” kawałka. Brzmieniowo James ostentacyjnie kopiował styl a to Kraftwerków, a to Beatlesów, a to Bowiego, w wywiadach opowiadając o swoich inspiracjach bez wstydu. Self-titled łączy disco z pełnokrwistym gitarowym hałasem, który ośmiesza większość garażowych bandów dynamiką czyniąc z tego zaledwie jedną ze składowych muzyki LCD Soundsystem.

Ikoniczne brzmienie żywych bębnów zintegrowanych z automatem perkusyjnym skąpane w syntezatorach to w istotnej mierze zasługa oprzyrządowania, z którego James Murphy uwielbia korzystać w studiu. Klasyczne analogowe sprzęty takie jak elektryczne pianino Wurlitzera, szereg kultowych jednostek Mooga i Rolanda czy syntezator EMS VCS3 powodowały zachwyty muzycznych freaków nad, rzeczywiście soundsystemową, twórczością LCD. W połowie ubiegłej dekady słuchacze musieli potrzebować tych punky dyskotekowych hymnów Jamesa Murphy’ego do tejże dekady brzmieniowego zdefiniowania.

W trakcie budowania swojego opus-magnum z 2007, rok wcześniej LCD Soundsystem wyskoczyli z niespodziewaną kampanią Nike+ Original Run i ponad 40-minutowym „utworem do ćwiczeń” zatytuowanym 45:33. Nie wiem czy James Murphy myślał o bieganiu składając ten osobliwy DJ mix, ale okazał się on być gratką dla fanów, ukazując fundamenty największych hitów z kolejnej płyty, czyli Sound of Silver. 45:33 znów ukazał całą gamę inspiracji, do których poza disco oraz kraftwerkowskim pulsowaniem należałoby wymienić jazz i funk za sprawą skocznych dęciaków. Co zostało z najkowej kampanii 11 lat później? Jasne, przetestujcie ten twór podczas porannego joggingu i dajcie znać jak się sprawdza, ale dla mnie to wprost doskonały podkład do roześmianej domówki.

Zanim poznaliśmy zawartość drugiego studyjnego albumu LCD Soundsystem, James Murphy do perfekcji dopracował zatapianie rozległych inspiracji we własnych kompozycyjnych rozważaniach. Zatem wciąż uwodząc piekielnie dobrymi, nowoczesnymi interpretacjami dawnych mistrzów, takich jak Brian Eno czy Talking Heads, na Sound of Silver Murphy oszlifował ideę magnetycznych, dyskotekowych hitów, zarażając przy tym swoją miłością do analogowego brzmienia w taki sposób, że przyciąga zarówno tych, którzy zabrnęli w nadmiernie przetworzoną i skompresowaną elektronikę, jak i miłośników żywego rockowego grania.

Zderzenie ze znaczącą większością pięciogwiazdkowych recenzji SoS niestety przyprawiło Murphy’ego o zawrót głowy. Lider LCD Soundsystem zaczął przymierzać się do zakończenia kariery zespołu z impetem, ale też mówić o tym głośno, zapowiadając This Is Happening jako ostatni i najlepszy album grupy. James twierdził, że nie jest w stanie stawiać poprzeczki coraz wyżej i pisać lepszych utworów niż dotychczas. Ngdy nie chciał się powtarzać i, faktycznie, na This Is Happening trochę jakby przestał żartować w tekstach. Nie skupiał się już dłużej na otaczających go absurdach, lecz wszedł o wiele głębiej do własnej świadomości, która okazała się pełna frapujących, przygnębiających myśli. Jeśli chodzi o końcowy produkt, LCD dowiedli jak potężną instytucją stało się brzmienie grupy na przestrzeni lat, powalając precyzyjną ekspansywnością. Mimo wszystko, czuć było, że album był nagrywany z pełną świadomością, że to już ostatni w dorobku.

Rozpędzona maszyna na fali sukcesu trzeciej płyty zamknęła krótką, acz ekscytującą historię zespołu LCD Soundsystem, rzecz jasna, wyprzedanym koncertem w Madison Square Garden, który spodziewanie zyskał status wydarzenia legendarnego. Ponad 3-godzinna przeprawa przez bogatą w highlighty dyskografię podskórnie przybrała pogrzebowy ton, jednak od zewnątrz przypominała niekończącą się ekstazę. Muzyków na scenie zasilili między innymi Reggie Watts i znany z Arcade Fire Win Butler. Kiedy Murphy zapowiadał utwór „North American Scum”, Butler wymownie pośpieszył go krzycząc „shut up and play the hits”, od której to sentencji wziął się tytuł filmu dokumentującego całe przedsięwzięcie. W ten sposób po 40 latach od The Last Waltz, czyli filmu Martina Scorsese rejestrującego ostatni koncert grupy The Band, pokolenie iTunes’a wreszcie otrzymało swój odpowiednik. Swoją drogą, James pokochałby to porównanie (autorstwa redaktora The Atlantic).

W tegotygodniowej opowieści o LCD Soundsystem dotarliśmy do momentu niezręcznego. Dla mnie, dla Jamesa Murphy’ego i dla fanów grupy. Przecież od początku można było odnieść wrażenie, że Nowojorczyk nie jest pewny czy rozwiązanie zespołu to właściwy krok, zważając na niewiarygodny pęd, jakiego nabrał jego muzyczny projekt. Co może być bardziej niezręczne od comebacku samego w sobie? Fani, którzy czuli się oszukani po tym jak zapisali obecność 2 lipca 2011 na koncercie w Madison Square Garden jako najważniejsze wydarzenie życia. Niezręczny jest też widok przepraszającego w wywiadach i mediach społecznościowych Murphy'ego. Ostatecznie muzyk porównał zakończenie kariery i jej ponowne wznowienie do powtórnego zakochania się w swojej ex. Urocze, prawda? Nie wiem czy mu wybaczyliście, ale ja na pewno!

Zdaje się, że w 2011 roku Murphy miał wiele pomysłów na dalszą, bezbolesną działalność muzyczną, ale po jakimś czasie perspektywa ponownego przybicia piątki z Patem Mahoneyem i Nancy Whang, ale też zaśpiewania „New York I Love You, But You’re Bringing Me Down” z tysiącami fanów na całym świecie sprawiła, że powrót do bandery LCD był kwestią czasu. Stało się to jasne gdy na oficjalnym plakacie zeszłorocznej Coachelli zespół pojawił się w roli headlinera. I to chyba najsłabiej rozpoznawalnego headlinera w historii tego typu głównonurtowych festiwali. Potwierdzają to liczby. Zarówno w nakładach sprzedażowych, jak i ilości odsłuchań największych hitów w serwisach streamingowych Nowojorczykom daleko do wyników Kendricka, Lady Gagi czy Calvina Harrisa. Sam zetknąłem się z anonimowością LCD na Open'erze w 2016 roku, kiedy to festiwalowa ludność w dużym procencie wybrała przerwę na food-trucki zamiast ich niezapomnianego koncertu.

W Gdyni Murphy i spółka wiernie odtworzyli kwietniowy set z kalifornijskiej pustyni, który zachwycił mnie wtedy siedzącego o 8:00 rano przed internetowym streamem. Znalezienie się parę metrów od sceny okazało się banalnie proste. Estetyczne show porwało przednie sektory od pierwszych chwil. Tak wiem, Artysta Tygodnia, komplement goni komplement, ale naprawdę na żadnym koncercie nie bawiłem się tak żarliwie jak na secie tego pana z siwą brodą. Nawet nieśpieszne budowanie kompozycji ani trochę nie zaszkodziło dynamice gigu.

Z bólem przyznam, że kilka miesięcy temu dobierając termin emisji materiału o LCD Soundsystem na antenie Radia LUZ głęboko wierzyłem, że do drugiego tygodnia maja doczekamy się wydawniczego powrotu kapeli. Poza ogłoszeniem oficjalnej daty premiery nowego longplaya brakuje naprawdę niewiele. Po zimowej przerwie Murphy wznowił koncertowanie, zaczął grać nowe piosenki na żywo i właśnie wystąpił w Saturday Night Live. Jakkolwiek wbrew tym poszlakom najwięcej frajdy jak zwykle daje śledzenie chociażby oficjalnego facebooka zespołu, na którym James identyfikuje się z wielbicielami i zabawia ich odpisując na komentarze i przepraszając za czasowe poślizgi. Zatem nowa płyta LCD Soundsystem już niebawem w sklepach! Spełnijmy marzenie najfajniejszego 47-latka na świecie i dajmy mu wreszcie jego wymarzony rekord sprzedaży.