Father John Misty

Autor: Mikołaj Maciejewski

Josh Tillman potrafi drażnić, jednak nie da się ukryć, że jest jedną z najbardziej intrygujących i wyrazistych postaci współczesnej muzyki alternatywnej. Jako Father John Misty 7. kwietnia powrócił z albumem „Pure Comedy” i udowodnił, że jeszcze sporo ma do powiedzenia.  

To chyba nie do końca znany fakt, ale Father John Misty, jeszcze do niedawna znany raczej pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem, czyli Josh Tillman ma na koncie nie 3, a przynajmniej 11 albumów… Jego profesjonalna muzyczna ścieżka rozpoczęła się w 2003 roku. I od wtedy niemal rokrocznie za pośrednictwem małych, niezależnych wytwórni wydawał swoje kolejne albumy jako „J. Tillman”. Już wtedy słychać było mocny dryg to pisania świetnych piosenek. Co ciekawe pierwszym instrumentem, do którego zasiadł była perkusja, a tej akurat na tych pierwszych płytach jak na lekarstwo. Brzmiały one bardziej akustycznie i kameralnie.

Z biegiem czasu szybko się rozwijał i łapał pewność siebie. Pojawiały się nowe instrumenty, bogatsze aranże. Nieustannie intrygował czystym i dość wysokim wokalem, jednak wciąż wyczuwalna była nieśmiałość, brak obycia i doświadczenia. Fani byli na razie bezlitośni, ale Tillman został zauważony w środowisku – koncertował z Damienem Jurado, a w 2008 roku w roli perkusisty dołączył do rodzącej się wtedy współczesnej (już) legendy amerykańskiego folku – Fleet Foxes (na zdjęciu; Tillman drugi od prawej).

Stało się to wszystko chwilę po zakończeniu prac nad debiutanckim albumem grupy. O ile jednak początki współpracy układały się na tyle dobrze, że panowie nagrali w dość krótkim czasie nowy krążek „Helplessness Blues”, to z czasem atmosfera się psuła, o czym opowiadał zarówno lider zespołu Robin Pecknold, jak i Josh. Wydaje się, że w tamtym momencie obaj byli na tyle mocnymi osobowościami, że nie było dla nich miejsca w jednej grupie. Fleet Foxes było jedynym zespołem, w którym Tillman nie był liderem i chował się w cień innych artystów. Muzycznie wcale jednak od nich nie odstawał – jego bębny z „The Shrine / Tha Argument” czy „Battery Kinze” choć proste, to nadają płycie niesamowitego, wręcz ludycznego rytmu. Koniec końców we Fleet Foxes czuł się trochę jak gość, postanowił więc zainwestować w swoją solową karierę. Od teraz, przyjął alter ego FATHER JOHN MISTY.

Debiutancki album „Fear Fun”, już z nowym pseudonimem, ukazał się w kwietniu 2012 roku. Z miejsca słychać było, że jest zaprzeczeniem tego, co Tillman robił wcześniej. Mało tu delikatnych ballad i wrażliwości, więcej gitary elektrycznej i nawet odrobina czystego rock’n’rolla i psychodeli. Mniej też popisów wokalnych a więcej okrzyków. To, jak na razie, bez wątpienia najbardziej przebojowa jego płyta i również wyraźne odcięcie od wcześniejszego J. Tillmana i „Helpnessless Blues” z Fleet Foxes.

Przez trzy kolejne lata Father John Misty mocno się rozpędził. Stał się bardzo medialny, wywołując burze kontrowersji gdzie tylko się dało, zresztą ta wątpliwa umiejętność została mu do dzisiaj. Zmienił również swój image na bardziej ekstrawagancki (por. zdjęcia z Fleet Foxes i niżej), a pewność siebie i sceniczne ego wyrosło do niebotycznych rozmiarów. I choć muzycznie zawsze bliżej mu było do Boba Dylana to na żywo zaczął przypominać raczej Jima Morissona (patrz niżej) wijąc się, skacząc, ruszając w wręcz nienaturalny sposób. Jednocześnie z miejsca stał się jedną z najbardziej charyzmatycznych i przyciągających postaci na młodej scenie folk-rocka i alternatywy w ogóle. To, co dzieje się z nim na scenie mogli zobaczyć uczestnicy jego jedynego koncertu w Polsce, na Openerze w 2015 roku.

Jeszcze kilka miesięcy przed tym szalonym występem przyszedł czas na sprawdzian drugiej (choć tak naprawdę dziesiątej) płyty. „I Love You, Honeybear” okazała się sporych rozmiarów kamieniem milowym. Od tej pory muzykę Misty’ego można nazywać z jednej strony piękną, ale z drugiej niestety trochę za bardzo wyniosłą i przesadzoną. Wybujałe aranże z niemal 20 osobowym składem zespołu indywidualnie brzmią wspaniale, jednak jako całość mogą nużyć. Niezmiennie skrajne emocje wywołuje również wokal Tillmana, któremu jakby wszystko przychodziło ot tak. Nieco paradoksalnie to właśnie ta płyta zyskała największe uznanie wśród słuchaczy i krytyków.

Po dwóch latach nadeszła wyczekiwane trzecie wydawnictwo „Pure Comedy” zapowiadane singlami już od końca 2016 roku. Słowem to pewna kontynuacja, ale  rozszerzona. Właściwie to bardziej apogeum tego, co działo się u niego wcześniej. Monumentalne, nieco ponad godzinne dzieło dostarcza wzruszeń i naprawdę pięknych utworów. Wiele z nich bez wielkiej przesady można by już nazwać najlepszymi w 2017 roku; za wspaniałe melodie czy teksty. Tillman niemniej znowu nie uniknął pewnego patosu ciążącego na całości, choć może właśnie taki był ironiczny, tytułowy zamysł?

Co by nie powiedzieć o skłonnościach do przesady, to jednak Josh Tillman ma dobry patent na pisanie piosenek. Melancholijny folk-pop spod jego znaku stał się już pewną marką. Jego czysty, wysoki głos w połączeniu z wielką wrażliwością i niebanalnymi melodiami daje często wzruszającą całość. Jednym słowem, którym można opisywać szereg jego kompozycji jest „piękno” odmieniane przez wszystkie przypadki. I nie da się także ukryć, że nie tylko słowem ale również, a może i przede wszystkim muzyką Father John Misty od początku buduje swoje opowieści.

Z jednej strony Josh Tillman z różnych powodów uchodzi za dziwaka, z drugiej jednak jest uważany za dobrego tekściarza, wręcz spadkobiercę gwiazd folk-rocka najlepszych czasów: Boba Dylana, Neila Younga czy Leonadra Cohena. W swoich tekstach porusza tematy najbardziej egzystencjalne uwznioślając je, przemyca wątki polityczne, religijne czy społeczne. Ironizuje, punktuje, rozlicza się. Czasem tworzy przepiękne hymny, a czasem nudnawe antypiosenki, które wcale nie zachwycają. Zachowuje się trochę tak, jak jego protoplaści ponad pół wieku temu. Misty’ego nie można zbyt często brać na poważnie, ale też nie jest jakimś przebierańcem. Oddać mu trzeba, że uważnie i jednocześnie na chłodo obserwuje rzeczywistość, która czasem go nudzi, czasem fascynuje a jeszcze innym razem odrzuca i zasmuca.