Fleet Foxes

Autor: Michał Rypel

Budując brzmienie grupy, Robin Pecknold czerpał przede wszystkim ze swoich wczesnych doznań estetycznych – dziecięcych inspiracji. Był to głównie amerykański folk lat 60-tych: Joni Mitchell, Simon & Garfunkel, Bob Dylan oraz Buffalo Springfield. Razem z młodszą siostrą Ają, oprócz wspólnego słuchania nagrań, odkrywał tajniki gry na gitarze akustycznej. Duet Pecknoldów, Robin dość szybko zamienił na spółkę ze Skylerem Skjelset. Przyjaciół z liceum łączyły podobne zainteresowania muzyczne. Po pewnym czasie regularnej pracy na cudzych kompozycjach, Robin i Skye (skaj) zaczęli komponować autorską muzykę. 

W 2005-tym roku Robin Pecknold grywał już podczas amerykańskiej trasy Shane’a Tutmarc’a – wschodzącej gwiazdy ze Seattle. Doświadczenie to widocznie zachęciło go do jeszcze cięższej pracy – chłopak już rok później startował bowiem z własną grupą – The Pinapples. Projekt po krótkim czasie przyjął jednak nazwę Fleet Foxes. Gdyby nie zbieżność nazw z innym zespołem z lokalnego podwórka, do dziś mówilibyśmy o nich jako ananasach. 

Rok 2006 to nie tylko pierwsze występy, ale i wiele energii włożonej w wydanie debiutanckich nagrań Fleet Foxes. Wypuszczone własnym sumptem w nakładzie zaledwie 50 egzemplarzy, pierwsze demo chłopaków rozeszło się głównie podczas lokalnych występów zespołu. Na plus zadziałało doświadczenie Phila Eka, który objął wówczas pieczę nad produkcją (pracuje z grupą po dziś dzień). Minęła chwila, a o Fleet Foxes pochlebnie rozpisywała się już miejscowa prasa. Podsycać optymistyczną atmosferę miały równiesz kolejne próby wydawnicze naszej piątki. Demo Pecknolda i spółki zapewniło im uwagę lokalnego giganta, jakim wciąż jest Sub Pop. Dwa lata po uformowaniu się zespołu, na światło dzienne wyszły pierwsze nagrania sygnowane logo prominentnego labelu. Mowa o EP-ce Sun Giant, która w przejrzysty sposób nakreśliła słuchaczom kierunek, jaki obrali artyści. Wystarczyło również, by zwrócić uwagę słuchaczy na fascynację harmoniami wokalnymi i lekkimi, akustycznymi aranżacjami. Najlepiej słychać to już w otwierającym, tytułowym utworze, który dzieli się na część acapella i część wyłącznie gitarową. Z każdym kawałkiem album zagęszcza się jednak, zostawiając nas na koniec z przyjemnym poczuciem nasycenia.

3 miesiące po premierze Sun Giant, na półki sklepowe trafił debiutancki longplay. Krążek momentalnie zdobył szerokie uznanie krytyków. Po raz kolejny magię kompozycyjną zgrabnie uporządkował Phil Ek, znający najlepiej możliwości amerykańskiej grupy. Dowodem wielkości materiału były już same single z “White WInter Hymnal” na czele. Kluczem okazało się tu wyważenie, którego brakowało jeszcze na poprzednim wydawnictwie. 2008-smy był również czasem pożegnań. Grupę opuścili basista i perkusista, Craig Curran i Nicholas Peterson, a zastąpili ich Christian Wargo i Josh Tillman, znany później jako Father John Misty.

Z nowym składem grupa była gotowa nagrywać kolejny album. Miał on rezygnować z popowego wygładzania na rzecz żywiołowośc. Z tego powodu frontman planował nagrywać nowy album w jak najkrótszym czasie, pozostawiając drobne nierówności, mające wpływać finalnie na poczucie autentyzmu. W trakcie pracy nad nowym LP zespół poszerzył się dodatkowo o Morgana Hendersona, który do dziś odpowiada w grupie za elektronikę i instrumenty strunowe. Po ponad dwuletniej pracy, drugi krążek Fleet Foxes był gotów do wydania. Znalazło się na nim 12 premierowych utworów, w pewnym stopniu jednak ustępujących miejsca poprzednikowi. Mimo braków w klimacie, materiał bronił się bardziej korzennym charakterem, nawiązując do źródła muzyki folkowej. 

Aż 6 lat musiało minąć, żebyśmy w końcu usłyszeli nowy materiał Fleet Foxes. Mimo niejasnych zapowiedzi nowego krążka publikowanych jeszcze w 2013-stym, zespół długo pozostawał gołosłowny. Kilka drobnych teaserów zamieszczonych wtedy w internecie, bardzo szybko zniknęło. Od tego czasu, do marca bieżącego roku zespół nie dawał prawie żadnych znaków życia. Ciszę przerwała premiera utworu połączona z zapowiedzią albumu. 16 czerwca bowiem premierę mieć będzie trzeci krążek amerykanów, zatytułowany Crack-Up. Nagrane w pięcioosobowym składzie, już bez Tillmana, wydawnictwo zapowiada pierwszy singiel, “Third of May / Ōdaigahara".