Bonobo

Autor: Krzysztof Ciach

Simon Green, znany światu jako Bonobo, powrócił właśnie ze swoim szóstym studyjnym albumem Migration. Artysta, którego umiejscawia się pośród muzyki elektronicznej ocierającej się o down-tempo, nu-jazz, neo-soul jak zwykle zaserwował nam prawdziwą mieszankę stylów. Najbardziej ujmującym elementem tego albumu jest wielość i zarazem kontrastowość zawartych w nim emocji; zostają nam podane na przemian dźwięki melancholijne, nostalgiczne poprzez radosne, porywające do tańca, na spokojnych i kojących kończąc. W jednym z wywiadów Green wyznał, że ten album jest jego próbą uchwycenia nastrojów egzystencji człowieka w każdym momencie jego życia.

Pochodzący z Brighton muzyk, zanim zaczął być kojarzony z szeroko pojętą elektroniką razem ze wszystkimi jej wariacjami, zajmował się z początku hip-hopem i DJ-ką. Jazz przyszedł dopiero później, kiedy to słuchając muzyki hip-hopowej artysta odkrywał, co muzycy samplowali. Te wpływy, zdaje się, zatoczyły pełne koło, bo jego ostatnia płyta, Migration, nie czerpie bezpośrednio z jazzu, ale kontynuuje raczej samplową kulturę tworzenia muzyki. W wywiadzie z magazynem Independent, Bonobo wyznał, że początki pierwszej dekady XXI wieku były dla niego idealnym czasem na tworzenie utworów opartych na zapętlonych tanecznych brzmieniach z jazzowymi wpływami, od których teraz odchodzi.

Płyta Migration jest kolejnym potwierdzeniem muzycznego kunsztu i świadomości Bonobo. Eklektyczna, jak muzyczne fascynacje i inspiracje samego autora, nie daje o sobie zapomnieć. Jest to album koncepcyjnie wyjątkowy; Bonobo nagrał wszystkie swoje kawałki w podróży, na laptopie, jako że ostatnie 18 miesięcy spędził w autobusach, pociągach, samolotach i innych środkach komunikacji. Załoga z platformy muzycznej Songkick okrzyknęła go mianem jednego z najczęściej podróżujących muzyków roku 2016. Czerpiąc inspirację z pobytu w tak różnych miejscach, odczuwając po kolei wszystkie dobre i złe strony bycia poza domem, z daleka od bliskich, stworzył emocjonalną symfonię o przemieszczaniu się po świecie. Każde, nawet jeżeli jedynie rachityczne uczucie zostało poddane próbie uchwycenia; choćby utwór „Break Apart” powstał w samolocie z Miami do Los Angeles, między jednym miejscem a drugim. Artysta sam przyznał, że już po wylądowaniu, w domu, nie mógł „wczuć się” w klimat numeru, dlatego tak ważne stało się dla niego nagrywanie w momencie, kiedy nachodziła go inspiracja.

Równie inspirujące są klipy wideo nagrane do utworów znajdujących się na nowej płycie Bonobo, które zostały wyreżyserowane przez niesamowitego fotografa Neila Kruga w Kalifornii. Powtarzającym się w nich motywem jest dziwny, buchający płomień na tle majestatycznych, wyludnionych przestrzeni, wyglądających jak z innej planety. Okładka płyty koncepcyjnie przypomina Odyseję Kosmiczną Kubricka; strumień ognia mógłby być Monumentem z pierwszych scen filmu, jako symbol tajemniczej siły nie z tego świata. Greena od zawsze interesował ten szczególny rodzaj więzi człowieka z przyrodą, zwłaszcza tą dziką i opuszczoną. Tę płytę opisał jako badania nad ludźmi i miejscami; to refleksja nad tym, jak migracje jednostek wpływają na tożsamość miejsc. Miejsca, jako takie, widoczne są nie tylko na najnowszym krążku Bonobo; pojawiały się już na poprzednich okładkach artysty. Choćby front albumu Black Sands, który przedstawiała jezioro Derwentwater położone w północno-zachodniej Anglii.

Poprzednia płyta Bonobo The North Borders po premierze trafiła do pierwszej trzydziestki najlepiej sprzedających się płyt, a jako album elektroniczny wylądowała na pierwszym miejscu, zarówno w Anglii jak i w Stanach Zjednoczonych. To ta płyta pomogła  osiągnąć muzykowi ponad 150 milionów odsłuchań na platformie muzycznej Spotify oraz sprzedać ponad pół miliona płyt. To właśnie z The North Borders wyruszył w 18 miesięczną trasę, dając tym samym 175 koncertów na 4 kontynentach, w 30 krajach.

Do popularności artysty przyczyniła się też jego współpraca z wytwórnią Ninja Tune, z którą Bonobo wydał już drugi w swojej karierze krążek – Dial ‚M’ for Monkey. Od tamtej pory zdążyli razem zrobić 5 albumów, oprócz pierwszego – Animal Magic – wydanego przez Tru Thoughts. Początki Bonobo sięgają roku 2000-cznego, w którym to została wydana właśnie ta płyta. Już wtedy jego muzyczny styl był określony, choć jak pisał Paul Cooper w magazynie Pitchfork, bazujący nieco na poprzednich nagraniach wytwórni Ninja Tune. W jego pierwszym krążku słychać popularne wtedy jazzowo – trip-hopowe brzmienia. W kolejnych latach, Bonobo poznaje takich twórców, jak Amon Tobin czy Andrew Carthy, którzy mają wpływ na dalszy kształt jego kariery muzycznej, bo to za ich sprawą, muzyk postanawia podjąć współpracę z Ninja Tune, współpracę, która trwa do dzisiaj.

Słuchając czwartego albumu studyjnego Bonobo Black Sands, słyszymy jak bardzo różni się ona od jego nowego krążka. Wydany w 2009 roku nakładem wytwórni Ninja Tune krążek to album niezwykle wszechstronny, nie tylko na polu gatunkowym, ale równocześnie rzemieślniczym. Krążek łączy w sobie soulowo-jazzowe formuły, w większości nagrane samodzielnie przez Simona na żywych instrumentach. Trzy utwory, Bonobo nagrał w towarzystwie popowej wokalistki Andrei Triany znanej ze współpracy z Andrew Carthim i Flying Lotusem.

Black Sands to zdecydowanie najbardziej przemyślana płyta w całym dorobku Bonobo. Artysta pracował nad nią kilka lat i, podobnie jak przy zbieraniu materiałów do jego późniejszego albumu Migration, szukał inspiracji w różnych częściach świata. Instrumenty dęte na kawałku tytułowym nagrano w Barcelonie, bębny w San Francisco, a linie basu i miksy powstawały w Londynie. To może tłumaczyć bogactwo każdej z kompozycji, innych z osobna, ale całościowo spójnych. Eklektyzmowi płyty dowodzą też jej skojarzenia z innymi artystami. Fani The Cinematic Orchestra powinni być zachwyceni utworem „Animals”, a „Kiara” przywodzi na myśl Flying Lotusa. Całość krążka, wieńczy przepiękny, melancholijny kawałek Black Sands ozdobiony spokojnymi partiami sekcji dętej.

Album ten okazał się być jeszcze lepszą płytą niż Days To Come z 2006 roku, która została nagrana z niemiecką artystką o indyjskich korzeniach, Bajką. W porównaniu do wcześniejszych pozycji Bonobo, album ten był niejakim przełomem. To w nim po raz pierwszy w karierze Simona Greena pojawił się wokal. Artysta po raz pierwszy też zaprosił też do współpracy muzyków. Jego pomysły nabrały nowych barw, zaczął się kojarzyć z piosenkową formułą, co zaowocowało nową falą fanów i w efekcie jego większą rozpoznawalnością na arenie międzynarodowej.

Rok 2017 zapowiada się równie koncertowo dla Bonobo, jak 2016, a przynajmniej jego pierwsza połowa. Na jego oficjalnej stronie jest już wywieszona lista 50 koncertów na całym świecie, trwająca od lutego do maja, poczynając od rodzinnych stron artysty, Londynu, na Stanach Zjednoczonych kończąc. Polskim fanom najbliżej byłoby do Berlina, gdyby nie fakt, że już od dawna wszystkie bilety są wyprzedane i trzeba by nam było wybrać się za ocean, aby znaleźć się na widowni.

Przygotowała Marta Gajowczyk