My Bloody Valentine

Autor: Sebastian Rogalski

Mija 25 lat od przełomowego wydarzenia w historii celtyckich elfów.  4 listopada 1991 r. miał swoją premierę album Loveless grupy My Bloody Valentine. Z tej okazji zespół jest artystą tygodnia Akademickiego Radia Luz.

 

tumblr_ni33was7ol1qbesnao1_1280

 

Historia MBV zaczyna się osobliwie. W 1978 piętnastoletni wówczas Kevin Shields poznał Colma Ó Cíosóiga na turnieju karate. Kevin, urodzony w Nowym Jorku, ale od pięciu lat mieszkający w Dublinie, szybko zapałał sympatią do trochę młodszego od siebie Colma. Od tamtej pory trzymali się razem. Kiedy rok później Kevin znalazł pod choinką gitarę, obaj zajęli się na poważnie muzyką. W tym czasie bowiem Colm grał już na perkusji, zatem obaj próbowali swoich sił w dwóch kapelkach, których nazwy nie są zbyt istotne. Ważniejsze jest to, że podczas swoich muzycznych tułaczek nieustannie trzymali sztamę. W końcu, po 5 latach od pierwszego spotkania, zaczęli grać jako My Bloody Valentine.

 

tumblr_mwts2pprkz1r6tj2go1_500

 

MBV zaczynało jako trio: Kevin na gitarze, Colm za perkusją, a przed mikrofonem demoniczny David Conway. Z początku wszystko układało się jak po grudzie. Kiedy grupa wyjechała na występ do Holandii, postanowiła zostać tam na następne kilka miesięcy, żyjąc gdzie tylko się dało.  Skończyło się to tym, że Kevin zaczął pracować na farmie. Nie spełniało to niczyich ambicji, zatem trójka przeniosła się do Berlina Zachodniego. To właśnie tam, w 1984 roku, MBV nagrało swój debiutancki materiał: minialbum zatytułowany po prostu This Is Your Bloody Valentine. Z dzisiejszej perspektywy można powiedzieć, że to dzieło co najmniej dziwaczne, cierpiące przede wszystkim z powodu bezrefleksyjnych inspiracji ówczesnymi nagraniami Nicka Cave’a. Wysilona wampirza atmosfera, pretensjonalna gotyckość, ogólna nijakość. No i jeszcze ta okropna okładka. Nic dziwnego zatem, że debiut ten przeszedł bez echa.

 

mbv-new

 

W 1985 r. zespół wrócił na macierzyste wyspy i osiadł w Londynie. Tam do trójki chłopaków dołączyła póki co jedna dziewczyna. Debbie Googe całkiem nieźle grała na basie, toteż wzięła udział w nagraniu kolejnego miniwydawnictwa, epki zatytułowanej Geek! W sumie ta epka różniła się zbytnio od debiutu, co tylko podgrzało frustrację Kevina, który zaczał rozważać przeprowadzkę do Nowego Jorku. Ekipa jednak się nie poddała i zaczęła odchodzić od wcześniejszej, coldwavowej estetyki na rzecz bardzej hałaśliwego brzmienia inspirowanego twórczością Jesus And Mary Chain. Owocem tych poszukiwań była epka The New Record By MBV, bezlitośnie przesterowana, ale mimo to grzeczna – głównie przez „uczesany” wokal Davida, który zbyt mocno kochał Cave’a, by stać się kimś innym niż on. Zaczęło być jasne, że Kevin do realizacji swojej wizji dźwięku potrzebuje innego wokalisty. David opuścił zatem zespół i zajął się pisaniem horrorów o dziwnych tytułach (np. Metal Sushi).

 

mah253

 

Rok 1987 członkowie MBV przywitali z niepewnością. Pomniejsze sukcesy osiągnięte dzięki wcześniejszym epkom przestały cieszyć w obliczu braku wokalisty. Chociaż Kevin potrafi śpiewać całkiem nieźle, grupie potrzebny był ktoś, kogo głównym instrumentem nie będzie gitara, a właśnie wokal. Na ogłoszony w lokalnej prasie anons odpowiedziało kilkoro niepoprawnych fanów The Smiths oraz Bilinda Butcher, uciekinierka ze skłotu i samotna mama w jednym. Potrafiła jednak śpiewać, a nawet zagrać na gitarze, więc dołączyła do składu przy nagrywaniu kolejnego maxisingla, zatytułowanego Strawberry Wine. Bilinda wniosła do grupy coś więcej niż tylko wokal, choć trudno znaleźć jedno celne określenie. Słowa „harmonia”, „spokój” i „natura” chyba najtrafniej oddają charakter jej wkładu.

 

bilinda-butcher-my-bloody-valentine-1992

 

Z nową wokalistką starej ekipie grało się na tyle dobrze, że już w pół roku po jej przyjściu zespół wydał minialbum Ecstasy. Mimo pociągającego tytułu słychać było, że grupa w tym składzie jeszcze się dogrywa, że coś blokuje eksplozję zasugerowaną przesterami. Orgia bajkowego hałasu miała wybuchnąć z całą mocą na pierwszym wybitnym wydawnictwie w dorobku MBV, wydanej w 1988 roku epce You Made Me Realise, pozbawionej praktycznie słabych stron. Każdy kawałek iskrzy tu innym odcieniem tej samej energii, choć jedynie utwór tytułowy może przechodzić ludzkie pojęcie. W tym samym roku zespół poszedł za ciosem i wydał swój debiutancki album, zatytułowany Isn’t Anything.

 

5394_1000

 

Szczerze przyznam, że nigdy nie rozumiałem zamysłu stojącego za Isn’t Anything. Z jednej strony album robi wrażenie, czy to na poziomie songwriterskim, czy produkcyjnym, bo w tym momencie Kevin zaczyna już naprawdę szaleć w torturach, jakim można poddać gitarowy dźwięk. Mimo tego jednak cały album brzmi tylko – lub aż – jak pomost wyznaczający granicę pomiędzy jednak tradycyjnym, zakorzenionym w punku graniem, a eksperymentami czekającymi tuż za rogiem. Z perspektywy lat Isn’t Anything oczywiście nie zawodzi, ale trudno też powiedzieć o nim, że, poza pojedynczymi wyjątakmi, szczególnie fascynuje. Całość zainspirowała jednak brzmienie całej masy wyspiarskich zespołów, które chciały brzmieć podobnie, by wspomnieć tu takie tuzy jak choćby Ride czy The Verve. Twórczość MBV odróżniał jednak od reszty pewien nieuchwytny czynnik, w tym momencie jeszcze niewybrzmiały w pełni, ale już uświadomiony. Czynnik, który do nieludzkiego hałasu wprowadzał… No właśnie, co?

 

2v8ka6t

 

Dwa lata następujące po wydaniu debiutanckiego albumu to najbardziej pracowity czas w życiorysach kwartetu. Po wydaniu Isn’t Anything grupa rozpoczęła pracę nad kolejnym albumem. Wtedy jeszcze nikt nie sądził, że Loveless, bo taki nosi on tytuł, wyznaczy nowe standardy w dziedzinie nie tyle obróbki, co kreacji dźwięku. Sam proces produkcyjny przebiegał niezwykle długo, skomplikowanie i zawile, głównie ze względu na ciągłe problemy z dopinaniem terminów i finansowaniem kolejnych sesji nagraniowych. Poprzestańmy tylko na tym, że Loveless prawdopodobnie odpowiada za bankructwo wytwórni Creation, pod której szyldem album się ukazał, sam Kevin zaś podczas godzin spędzonych w studiu nabawił się chronicznych szumów usznych. Wszystko po to, by osiągnąć hałas, który przemawia. Chociaż „hałas” to w przypadku tego albumu zbyt wielkie uproszczenie. Tak czy siak, po dwóch latach nagraniowej męki, wreszcie udało się ukończyć całość. Loveless swoją premierę miał 4 listopada 1991 r.

 

24vmv7o

 

Ściana dźwięku, jaką wraz z przyjaciółmi postawił Kevin, rzuciła bardzo długi cień na kariery całej czwórki. Po wydaniu Loveless zespół coś próbował, coś kombinował, Kevin nawet zbudował w swoim domu studio nagraniowe, ale efekty były mizerne. Przez całe lata 90., poza swym magnum opus i związanymi z nim epkami, MBV oficjalnie nagrało jedynie dwa covery. I co z tego, że były całkiem niezłe, skoro cały świat czekał na coś więcej? W 1995 r. z grupy odeszli Colm i Debbie. Dwa lata później Bilinda opuściła studio Kevina, który stopniowo zaczął osuwać się w szaleństwo. Być może wszystko skończyłoby się jak w przaśnej telenoweli, gdyby nie Sofia Coppola. To ona w 2002 r. zaproponowała Kevinowi nagranie części ścieżki dźwiękowej do filmu Między słowami. Wydawać by się mogło, że to wymęczony epilog drogi twórczej jednego z najbardziej niezwykłych muzyków lat 90. Kevin jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

 

5a055a7731d87877630ed779671cb1b4

 

Dokładnie 21 lat, 2 miesiące i 29 dni po premierze Loveless, na oficjalnej stronie MBV gruchnęła lakoniczna informacja o premierze nowego albumu. Reakcji fanów można się domyślić: „COOO?!” Dobrze pamiętam ten czas i mogę z ręką na sercu przyznać: absolutnie nikt nie spodziewał się takiej informacji. Po otrząśnięciu z pierwszego szoku zaczęły się domysły: jak to zabrzmi? Plotki mówiły o kilometrach taśm nagranych jeszcze w latach 90., które Kevin odkopał specjalnie na tę okazję gdzieś z głębin swojej piwnicy. Zastanawiano się, czy to nie aby jego solowa płyta, której słynny szyld ma pomóc w promocji. Z tym albumem ewidentnie coś nie grało, ale jednocześnie wszystko było do bólu (w uchu) logiczne. W tej sytuacji płyta wydawała się, tak po ludzku, potrzebna. Po prostu prędzej czy później musiała się ukazać, i wszyscy to czuli. Stało się to w zimową noc 2 lutego 2013 r. Oczywiście cały świat rzucił się do pobierania, co zablokowało serwery na kilka dobrych godzin i sprawiło, że wiele osób tamtej zimowej nocy nie zmrużyło oka. Jak jednak wypadła sama muzyka? Nauczony doświadczeniem Loveless spodziewałem się czegoś ponad i poza czasem. Czegoś, co zabierze poza widzialną rzeczywistość w niezawodny, dobrze wypróbowany sposób. I nie zawiodłem się ani trochę.

 

mybloodyvalentine_2473776b