Artysta Tygodnia – Dizzee Rascal

Autor: Piotr Machała

 


 

            Zupełnie niespodziewanie właśnie ukazał się darmowy mixtape od Dizzee Rascala. Z tej okazji w ciągu całego tygodnia będziemy przypominać sobie jego twórczość, a weekend poświęcimy w całości „DirteeTV”. Dzięki temu przyjrzymy się drodze, jaką przeszedł Dizzee – od artysty, który pokazał światu czym jest grime do prawdziwego popstar, z własną linią butów Nike, współpracą z Shakirą na koncie oraz twierdzącego, że ma nic przeciwko, aby nazywać go artystą pop. Czy to oznacza, że Dizzee się sprzedał, nie ma już nic ciekawego do zaprezentowania i odcina kupony od swojej popularności? Okaże się już w tym tygodniu w Radiu LUZ.

 

 

            Brytyjski hip hop długo pozostawał w cieniu swojego większego i starszego brata z USA. Scena muzyczna na wyspach praktycznie zawsze była niesamowicie silna i to ona dyktowała trendy. W temacie hip hopu jednak, poza kilkoma wyjątkami, nie miała się za bardzo czym pochwalić. Do czasu. Jak to często bywa uczeń przerósł mistrza i stworzył grime. Myślę, że nie tylko według mnie to grime właśnie w tej chwili jest najciekawszym i najbardziej oryginalnym odłamem hip hopu. W momencie, gdy większość amerykańskich artystów zatraciło gdzieś świeżość i szczerość, na wyspach jest naprawdę ciekawie. Nie ma żenujących teledysków z odpicowanymi brykami i silikonowymi pośladkami. Grime mówi za to tym samym językiem, którym kiedyś operowali Public Enemy czy Run-DMC. Plus kilka mocno imprezowych nut i zwrotek.

            Nic dziwnego, skoro grime narodził się w bardzo nieciekawej dzielnicy Londynu, Bow. Imigranci ze wszystkich stron świata stłoczeni w beznadziejnych warunkach, bez szans na porządną edukację i godziwą pracę. Młodzi chłopcy sięgnęli więc po mikrofony i sequencery i zaczęli tworzyć hip hop po swojemu. Wokół mieli UK garage, drum & bass, reggae, jungle, dancehall i Bóg jeden wie co jeszcze. Naturalnie więc zaczęli wplatać te dźwięki w swoje utwory. Wszystko zaczęło się mniej więcej na początku XXI, a w roku 2003 wybuchła prawdziwa bomba.

 

 

            W 2003 nasz Artysta Tygodnia, czyli Dizzee Rascal wydał swój debiutancki album. "Boy In Da Corner" to prawie 60 minut niesamowitej, niezwykle oryginalnej muzyki. Dizzee Rascal zwrócił na siebie uwagę nie tylko prestiżowej wytwórni XL Recordings, która zdecydowała się go wydać. Przede wszystkim "Boy In Da Corner" wygrał Mercury Prize, zostawiając w tyle kochane w Wielkiej Brytanii Coldplay („A Rush of Blood to the Head”) i Radiohead („Hail to the Thief”). Nagroda, uważana za jedną z najbardziej prestiżowych i pożądanych w Wielkiej Brytanii, utorowała ścieżkę na światowe sceny nie tylko Dizziemu, ale i całemu gatunkowi. Dizzee Rascal zaczął pojawiać się w mediach, w których do tej pory hip hop nie miał wstępu. Tym bardziej, że album promowały świetne single. Odjechane "I Luv U", imprezowy killer "Fix Up Look Sharp" i butne "Jus A Rascal" do dziś nic nie straciły ze swojej świeżości. A mówiłem już, że Dizzee miał wtedy tylko 19 lat? Mało brakowało, a "Boy In Da Corner" byłby pierwszym i ostatnim albumem nastolatka. W tygodniu, kiedy ten krążek został wydany artysta został sześć razy dźgnięty nożem podczas występu na Cyprze. Na szczęście nic poważnego się nie stało, skoro już rok później mogliśmy cieszyć się albumem numer 2.

 

            "Showtime" muzycznie niczym nie ustępował "Boy In Da Corner", a sprzedawał się jeszcze lepiej. Ponad to singiel "Dream" doczekał się genialnego teledysku. Utwór został oparty na samplu piosenki "Happy Talk" Captain Sensible. O ile wersja Dizziego jest dziwna to oryginał…ciężko nawet cokolwiek o tym napisać. Najlepiej zobaczcie sami: http://www.youtube.com/watch?v=291ET6Py6H8. Po tym…czymś pomyślcie sobie, że "Dream" jest o młodości Dizziego, kulturze ulicznej, zatargach z prawem, samotnych matkach-nastolatkach oraz nielegalnych klubach i rozgłośniach radiowych. Oprócz "Dream" na "Showtime" warto zwrócić uwagę na "Stand Up Tall", "Graftin" i "Fickle". Jedyne co w tej płycie jest beznadziejne, to okładka.

   Pod koniec 2004 roku Dizzee Rascal został doceniony przez organizatorów Band Aid 20 i został zaproszony do ponownego nagrania wraz z innymi brytyjskimi artystami piosenki "Do They Know It's Christmas?". Jako jedyny miał możliwość napisania i zarapowania, a nie zaśpiewania swojej części według wzoru sprzed 20 lat. Utwór ten był pierwszym numerem jeden na UK Singles Chart w dorobku artysty.

            W 2007 roku przyszedł czas na mój ulubiony album w dyskografii Dizziego, "Maths + English". Muzycznie był najbardziej dojrzały, a dosłownie każdy utwór nadawał się na singla. Potwierdziły to wyniki sprzedaży. Tytuł, jak stwierdził Dizzee, składa się z dwóch członów, tak jak jego muzyka. "Maths" odnosić się ma do produkcji i beatów, a "English" do tekstów. Pierwszym singlem, i chyba jednym z największych hitów artysty, był utwór "Sirens", który na koncertach uwalnia podobne pokłady energii, co Soulfly czy The Prodigy. Na "Maths + English" zaproszeni zostali po raz pierwszy goście niepowiązani z hip hopową sceną. Z Arctic Monkeys zarejestrował "Temptation", a z Lili Allen nie do końca poważny "Wanna Be". Ponad to „Maths + English” przyniósł drugą nominację dla Dizzee Rascala do Mercury Prize. Tym razem artysta musiał jedna uznać wyższość Klaxons i ich „Myths Of The Near Future”.

            W 2007 Dizzee ze swoim show dotarł w końcu nad Wisłę. Mówiąc ściślej na festiwal Open’er. Wówczas na dużej scenie mogliśmy podziwiać Bjork, Beastie Boys, Bloc Party czy Muse. Na scenie namiotowej jeden z najciekawszych koncertów dał natomiast Dizzee Rascal. Bardzo, ale to bardzo energetyczny show prawie się nie odbył, gdyż gwiazdka spóźniła się na samolot. Cóż, bywa. Ważne, że przyjechał i pokazał wszystkim jak należy grać hip hop na żywo.

            Współpraca ze znanymi osobistościami, chyba się Dizzeemu spodobała, bo przy okazji czwartego albumu zaprosił do współpracy tak znamienite osobistości jak Calvin Harris, Armand van Helden, Shy FX, duet Chromeo, Cage, czy…Tiesto (tu akurat nie ma się czym chwalić). „Tongue n’ Cheek” był pierwszym albumem wydanym w nowopowstałym labelu Dizziego, Dirtee Stank. Na krążku znalazły się trzy megahity – „Dance wiv Me”, „Holiday” i „Bonkers”. Wyrażenie „Bonkers” wpisało się nawet do naszego języka, głównie za sprawą pewnego Niemca poszukującego electro… Publiczności angielskiej „Tongue n’ Cheek” też się spodobało, bo aż trzy single z tego krążka wylądowały na miejscu pierwszym list przebojów.

            Dizzee Rascal swoimi czterema nagranymi albumami pokazał światu, że angielska scena hip hop jest niezwykle silna, a on dorobił się oryginalnego stylu. Każdy kawałek w którym udziela się choć przez 10 sekund nigdy nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Nic więc tylko czekać na album numer 5 artysty, który ukaże się do końca tego roku. A do tego czasu możemy się cieszyć mixtapem „DirteeTV”.