The Decemberists – The King Is Dead

Autor: Kuba Żary

Szósty album formacji z Portland to podróż przez różne odcienie amerykańskiego folku. Zwrot ku muzycznej tradycji Nowego Świata wyszedł zespołowi (i słuchaczom) zdecydowanie na dobre.

Okulary Buddy’ego Holly’ego, sex-appeal Conora Obersta z Bright Eyes i Bena Gibbarda z Death Cab For Cutie, dar narracji kojarzący się z Morrisseyem, muzyka przywołująca na myśl tak R.E.M., jak i Belle & Sebastian, a i trochę dawniejszy Wilco – oto pobieżny portret Colina Meloya, lidera grupy The Decemberists z Portland w stanie Oregon. Nie ma co ukrywać, że to on jest lokomotywą zespołu – kiedy postanowił trochę pomuzykować solo, The Decemberists ucichli na trzy lata. Kiedy wrócili w 2009 roku, wydali “Hazards of Love”. I to był zawód. Piąty album zrodził się z fascynacji renesansem brytyjskiego folku z lat 60., a szczególnie dokonaniami Sandy Denny i Fairport Convention oraz EP-ką folkowej divy Anne Briggs z 1966 roku, zatytułowaną właśnie „The Hazards Of Love”. Wszystko niby bardzo ładnie, ale trochę jednak nuda. Dlatego też, kiedy The Decemberists wydali pierwszy singiel zapowiadający nowy album – “Down By The Water” – odpalałem go z pewnym niepokojem. Tym bardziej, że jak mówił sam Meloy, piosenka zainspirowana została twórczością R.E.M., do którego to zespołu mam może nieuzasadnioną, ale jednak dość zasadniczą niechęć.

A jednak obawy były zupełnie bezpodstawne. “Down By The Water” przypomina muzykę Neila Younga, nosi też wyraźny springsteenowski rys – jest świeżym powiewem w twórczości Grudniowców. “The King Is Dead” – choć tytuł jest trawestacją tytułu albumu The Smiths z 1986 roku – zostawia za sobą brytyjskie inspiracje i skupia się na muzyce dawnej kolonii Zjednoczonego Królestwa, a jednocześnie ojczyzny The Decemberists. Zgrabnie wpasowuje się w ten sposób w coraz prężniejszy nurt alt-country, bardziej dosłownie czerpiąc jednak z muzyki z Nashville niż M. Ward czy Conor Oberst. To, że USA będzie w najbliższych sezonach inspirować modę obwieściła już jakiś czas temu na łamach amerykańskiego Vogue’a Anne Wintour, kino także podchwyciło ten trend (“Szalone serce”, “Country Strong” czy “Prawdziwe męstwo”). Może przyszedł czas na rehabilitację przez lata spychanego na muzyczny margines country? Świetne wydawnictwo The Decemberists jest niewątpliwie mocnym argumentem za tą tezą.